| Autor |
Wyślij |
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 216/1001  Gun Crazy (1949), USA, reż. Joseph H.Lewis Czego się można po filmie z takim tytułem spodziewać? Strzelania! I faktycznie, dostajemy go w sporej ilości. Bardzo przyjemne oglądajło, zapewne podpadające pod kategorię "pulp fiction". Dziś nikogo to nie ruszy, ale 60 lat temu film w którym w rolach głównych występowała para kryminalistów, w dodatku pokazanych ze sporą sympatią to było coś. Oczywiście surowy przepis zakładał, że jeśli w filmie pokazane jest przestępstwo, to winnemu nie może to ujść na sucho, więc oglądanie kryminałów jak dotąd było baaaardzo przewidywalne (wiadomo że go złapią albo zabiją), ale akurat w tym filmie jest to całkiem znośne. Mlody chłopak już od dzieciństwa ma świra na punkcie broni - kiedy jako 5latek dostaje BBguna i zabija z niego małego kurczaczka (ledwo ledwo, ciekawe jak czymś takim można zrobić krzywdę supermutantom???!!!!) jeszcze bardziej odwala mu korba i od tego momentu postanawia używać broni tylko do strzelania do przedmiotów. I idzie mu nieźle, dopóki nie spotyka podobnej wariatki, w której się zakochuje z wzajemnością. Kobitka jednak nie ma oporów przed zabijaniem i wciąga go do napadania na banki itp. Kamerzysta nie boi się totalnych zbliżeń (nos na pół kinowego ekranu), sporo jest też filmów z jadącego samochodu - i co ciekawe, nie są to typowe dla tego okresu sceny przed ekranem, ale kamera była naprawdę w jadącym aucie. Najlepsza jest scena napadu na bank (jedno dłuuuugie ujęcie) - na imdb doczytałem, że kręcona "na żywo" - naprawdę szukali miejsca do zaparkowania, a w banku nikt poza kluczowymi postaciami nie został poinformowany, że będzie kręcony napad, żeby było naturalniej  . Słowem - podobało mi się! Pozycja 22/216.                
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 217/1001  Adam's Rib (1949), USA, reż. George Cukor Komedia powiedzmy romantyczna ze Spencerem Tracy i Katharine Hepburn. Ani jednego ani drugiego nie można określić jako "ładna" czy "przystojny", ale jakoś się tak dobrali i zagrali razem chyba w 10 podobnych produkcjach, ta niby najlepsza. Grają w niej małżeństwo prawników, które wystawione zostaje na ciężką próbę, gdy pewnego dnia stają naprzeciw siebie w sprawie sądowej jako prokurator i adwokat - co gorsza sprawa też dotyczy walczących małżonków, więc sytuacja aż się prosi o kłopoty. Nie powiem, kilka momentów było niezłych, kilka dialogów nieźle przyciętych, wrażenie robią też długie, kilkuminutowe ujęcia, w których każdy na każdego krzyczy, biega po pokojach i się nawzajem przekrzykuje - zapewne powtarzane po 150 razy zanim udało się osiągnąć zamierzony wynik. Ale mimo to, całość niestety jakoś nie porywa, a już kompletnie dla mnie romantyczną komedię zabijają zakazane mordy głównych bohaterów  . Pozycja 94/217.              
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 219/1001  White Heat (1949), USA, reż. Raoul Walsh James Cagney po raz kolejny wciela się w brutalnego i tym razem również stukniętego gangstera, który w swojej bandzie ma również swoją mamusię  . Film prawie 2godzinny, ale nie nudzi się, bo jest cały wypakowany akcją. Bandyckie napady, strzelaniny, bójki, tłuczenie kobiety (Cagney to lubi w swoich filmach  ), sceny więzienne, ucieczka z tegoż więzienia, policyjne pogonie i obławy. Sporo tego. Z pewnym zainteresowaniem stwierdziłem również, że policyjne sposoby rozwikływania zagadek w końcówce lat 40 były już całkiem całkiem zaawansowane - sprzęt mają już niezły, choć o miniaturyzacji nie ma jeszcze mowy  . Dla miłośników gangsterki - bardzo zacny kąsek. Pozycja 56/219.              
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 220/1001  The Reckless Moment (1949), USA, reż. Max Ophuls Starozytni Amerykanie (czyli ci sprzed 60 lat) zdecydowanie lubili kryminały. A przynajmniej takie mam wrażenie oglądając filmy z listy 1001 - chyba co drugi film to przestępcy, mordercy i gangsterzy. Choć tym razem atmosfera niemal sielankowa - małe amerykańskie miasteczko, typowa rodzinka, tatuś w podróży służbowej w Europie, domem rządzi mamusia. Aż któregoś dnia wszystko to się wali, gdy wizytujący chłopak córeczki (na oko starszy od niej o 20 lat) ginie w wyniku niefortunnego wypadku podczas bójki z nią. Nie chcąc być oskarżoną o morderstwo, mamuśka pakuje denata do łódki i wywozi na bagna. I po sprawie. A przynajmniej tak by się wydawało, bo następnego dnia pojawiają się szantażyści... Sprawa się dodatkowo komplikuje, gdy jeden z nich zakochuje się w mamuśce... No nieee, ja bardzo proszę bez takich  . Mimo wszystko film potrafi trzymać w napięciu i mimo że zbyt wiele czystej akcji w nim nie zobaczymy, to trochę uczuć potrafił we mnie (poza zażenowaniem) wzbudzić. Pozycja 84/220.            
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 221/1001  The Third Man (1949), Wielka Brytania, reż. Carol Reed Bardzo dobry film. Małą rólkę aczkolwiek ważną zagrał w nim również Orson Welles i spisał się znakomicie. Większość ujęć zresztą zrobiona w jego stylu. Powojenny Wiedeń, miasto zniszczone nalotami i podzielone na cztery sektory, w którym kwitnie przestępczość i szaleje czarny rynek. Na zaproszenie kumpla przyjeżdża tu młody Amerykanin, który jednakże trafia wprost na owego kumpla pogrzeb. Nie chce uwierzyć, że zmarł w wypadku, zaczyna węszyć i grzebać i pakuje się w sam środek sporej afery kryminalnej. Ogląda się bardzo fajnie, mimo że zagadka tytułowego trzeciego gościa dzisiaj nie jest już taka zaskakująca jak w momencie premiery zapewne, ale i tak moment jej wyjaśnienia w filmie baaaardzo klimatyczny i przyjemny  . Podobał mi się też Wiedeń, a zwłaszcza finałowa scena pogoni w kanałach pod nim - wszystko oczywiście kręcone w oryginalnych miejscach. Zdecydowanie polecam do oglądania. Pozycja 16/221.            
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 223/1001  Orphee (1949), Francja, reż. Jean Cocteau Ostatni film z lat 40 i gorszego ich zakończenia nie mogłem sobie wyobrazić  . Jak inaczej opisać bowiem film, który reklamowany jest jako połączenie poezji i filmu? Już na wstępie wiadomo, że tego się na trzeźwo oglądać nie da. I faktycznie. Aktorzy - obaj główni to jak donosi uczynne imdb kochankowie reżysera, fabuła: durna, pokręcona, a przepraszam - poetycka - Lynch mógłby się paru rzeczy o maksymalnie porąbanych scenach nauczyć  . Orfeusz jest poetą, w którym zakochuje się śmierć, a dla równowagi pomocnik śmierci zakochuje się w żonie Orfeusza. Śmierć przychodzi go oglądać jak śpi, w końcu zabija przy pomocy swoich innych pomocników motocyklistów żonkę. Orfeusz idzie po nią do krainy śmierci (wchodzi się tam przez lusto z efektami jak ze Stargate, a całość krainy śmierci wygląda jak zbombardowany budynek), a potem już się pogubiłem. Jedyne, co w tym filmie jest niezłe, to efekty specjalne - skupiające się głównie na puszczaniu filmu od tyłu, ale kilka innych fajnych też się znajdzie. Ale cała reszta to przerażające poetyckie machanie rękami (mim w zamkniętym pudełku?), robienie cierpiętniczych min i rzucanie "poetyckich" wersów w stylu "ptaki śpiewają swoimi palcami" (nie zmyślam!). Słowem - porażka, okropieństwo i zapewne kultowy film dla poetów  . Pozycja 215/223.            
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 224/1001  The Asphalt Jungle (1950), USA, reż. John Huston Czarny kryminał, historia pewnego skoku widziana oczami uczestników. Pokazana bardzo drobiazgowo, od fazy planowania, przez samą akcję, która oczywiście poszła nie do końca tak jak była planowana, aż po próbę wykaraskania się z tarapatów. Oczywiście, jak to w starych filmach bywa, prawo musi zatriumfować, a przestępcy zostać ukarani, więc nawet nie siliłem się na kibicowanie złym. Zwłaszcza że wszystkie postacie mało sympatyczne, no moża poza jednym "hooliganem", którego jako tako dało się strawić. Całość ogólnie wieje nudą, film trwa prawie 2 godzinki i mimo że momentami dzieje się sporo (ale też bez przesady), to głównie dostajemy psychologiczną i socjologiczną wycieczkę po światku przestępczym. Jako ciekawostka- malutką rólkę gra tu również Marylin Monroe - oczywiście na oryginalnym plakacie z filmu jej nie ma, dopiero na późniejszych reedycjach to tylko ona jest na nich przedstawiana  (mimo że na ekranie jest przez jakieś 3 minuty w sumie). Niezbyt porywające, pozycja 162/224.            
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 225/1001  Rashomon (1950), Japonia, reż. Akira Kurosawa Zaskakująco dobry film. Japonia, czasy prawdopodobnie feudalne. Film jest zbudowany z flashbacków, a czasem nawet z flashbacków we flashbackach  . Małżeństwo spotyka na swojej drodze bandytę, mąż pada trupem. W sądzie przedstawione zostają trzy wersje zdarzeń (w skórę zabitego wciela się medium - ciekawe czy taka procedura sądowa w Japonii kiedyś rzeczywiście istniała, czy to wymysł na potrzeby filmu?) - każda z trzech postaci wskazuje na siebie jako mordercę. Nie wiemy jaki jest docelowy wynik rozprawy, ale poznajemy na końcu prawdziwą wersję zdarzeń opowiedzianą przez przypadkowego świadka - która łączy w sobie kawałki prawd z każdej z poprzednich. Ogląda się to dobrze, ale zapewne tylko raz, teraz jak już znam prawdę, nie będzie mi się chciało do tego filmu wracać  . Ale smaczków w tym pełno - w wersji bandyty jest on szarmanckim i uwodzicielskim robin hoodem, który walczy z mężem na miecze niemal tak dobrze jak Jackie Chan  , w wersji świadka obaj oponenci są żałośni, machają mieczami jak cepami, telepią się ze strachu i wywalają przy każdej okazji. Imdb uprzejmie też donosi, że film tak się spodobał w USA, że stworzono kategorię oscarową "najlepszy film zagraniczny" żeby go uczcić. Jest to też pierwszy film, w którym kamera została skierowana prosto w słońce. Mam nadzieję że za dużo nie naspoilerowałem i ktoś się skusi do obejrzenia tego teraz  . Pozycja 46/225.            
|
|
|
|
|
Użytkownik
Dołączył: Maj 2008
Posty: 571
Skąd: Stolica
|
JRK napisał(a) Zaskakująco dobry film.
Zaskakująco? Weź mi szefie znajdź jeden film Kurosawy, który nie jest dobry  Jeśli w tej swojej książeczce nie masz "Yoijmbo", "Siedmiu Samurajów", "Throne of Blood", "Hidden Fortress" albo "Ran" to polecam obejrzeć dodatkowo  _______________ If you're good at something, never do it for free.
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Grimm--> O, komentarz znowu  . 6 sztuk Kurosawy w książce się znajduje, następny już z 52 roku więc za jakieś 20 filmów. A wcześniej oglądałem kiedyś dawno temu zupełnym przypadkiem tylko jeden jego film, ale pamiętam z niego tylko las atakujący zamek.... (I na marginesie, zachęcam do komentowania, to zmniejszy ilość postów z obrazkami na stronie i zwiększy mi szybkość ładowania  ). Nr 226/1001  Winchester '73 (1950), USA, reż. Anthony Mann James Steward w westernie. Trochę dziwnie się go ogląda jako twardziela ze spluwą, ale i tak wypada wiarygodnie - aktor jak widać naprawdę wszechstronny i rozumiem grimmowe uwielbienie  . Tytułowy Winchester to wyjątkowa strzelba, niemal dzieło sztuki, marzenie każdego mężczyzny na Dzikim Zachodzie - nie można jej kupić, jej edycja jest ograniczona. W filmie cały czas przechodzi z rąk do rąk, zazwyczaj w wyniku agresywnego przejęcia  . Poza tym mamy całą gamę westernowych standardów: atakujących Indian, bandytów napadających na bank, kilka strzelanin, obowiązkowych bójek, pogoni, tancerkę z podejrzanego przybytku ale ze złotym sercem, amerykańską kawalerię (która tu dla odmiany nie przybywa na ratunek, ale jest ratowana  ), jest nawet słynny Wyatt Earp (ale jakiś trochę zdziadziały). Jeśli lubicie westerny - to na tym się na pewno nie zawiedziecie. Pozycja 22/226.             « Ostatnia zmiana: JRK, 29 mar 2009, 1:11. »
|
|
|
|
|
Użytkownik
Dołączył: Maj 2008
Posty: 571
Skąd: Stolica
|
JRK napisał(a) A wcześniej oglądałem kiedyś dawno temu zupełnym przypadkiem tylko jeden jego film, ale pamiętam z niego tylko las atakujący zamek....
Całkiem możliwe zatem, żeś widział jego wersję Makbeta  Edyta: Bym zapomniał JRK napisał(a) On The Town (1949), USA, reż. Stanley Donen, Gene Kelly
Może to moja wrodzona nienawiść do musicali wszelkiego typu, za wyjątkiem tych prześmiewczych (jak "Sweeney Todd" albo "Moulin Rouge") ale za cholerę nie pojmuję jak może się komuś ten gniot podobać. Widziałem dwa razy ten film, pierwszy był jak w tvp 1 pokazywali klasyki, a ja miałem jakieś 10 lat. Nie spodobał mi się. Kilka lat później ponownie obejrzałem i ledwo co dotrwałem do końca. Frank Sinatra zdołał się odbudować w oczach mych rolami w takich filmach jak "Manchurian Candidate", ale Gene'a Kelly'ego do tej pory nie cierpię  _______________ If you're good at something, never do it for free. « Ostatnia zmiana: Grimm, 01 kwi 2009, 23:56. »
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 227/1001  Rio Grande (1950), USA, reż. John Ford Kolejny western, od klasyka gatunku. Ale mimo że mamy w nim wszystko co porządny western mieć powinien (czyli strzelaniny, amerykańską kawalerię - w szarży i w forcie, atakujących Indian, atakowanych Indian, obronę meksykańskiego kościółka), to jakoś aż takiej frajdy z oglądania tego nie miałem... Obsada klasyczna - John Wayne jako dowódca jednostki wojskowej, dostaje pod swoją komendę swojego syna, którego nie widział 15 lat. Wkrótce zjawia się również jego mamusia, na co jeden z sierżantów reaguje żegnając się z przerażeniem w oczach  . Poznamy prawdę o przyczynach rozstania sprzed 15 lat, chłopiec dorośnie, stając się mężczyzną (ale nie tak jak myślicie świntuchy, tylko poprzez zabijanie Indian oczywiście!), trochę sobie postrzelają i pooglądamy niezłe sztuczki cyrkowe (jazda na stojaka na dwóch koniak i obowiązkowe z tychże koni spektakularne upadki). Imdb donosi, że podczas sceny przeprawy przez tytułową rzekę utonęło dwóch kaskaderów - a ja tej sceny nawet nie pamiętam, nijak mi nie utkwiła w pamięci, a trwała raptem z pół minuty... Pozycja 71/227.            
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 228/1001  All About Eve (1950), USA, reż. Joseph L.Mankiewicz Film obsypany Oscarami i nominacjami do niego (sztuk 14, rekord dogoniony dopiero przez Titanica). I przy okazji straszny crap  . Ponad 2godzinna opowieść o drodze ku sukcesowi w show-biznesie (choć może teatru nie powinno się tak nazywać...). Na dodatek w roli niemal głównej występuje Bette Davis, na którą nie da się po prostu patrzeć (i którą z uporem maniaka nazywa się w każdym jej filmie pięknością). Jest to przy okazji dramat, więc nie ma co liczyć na przyjemną historyjkę o kopciuszku, który dzięki ciężkiej pracy zyskuje sławę i pieniądze, ale dostajemy obraz fałszu, zdrady, kłótni i skrytobójczych ciosów w plecy za kulisami. Drobną rólkę znowu dostała Marilyn Monroe (debilki z aspiracjami do bycia gwiazdą, która ugania się za producentami). I jeszcze garść ciekawostek z imdb (są bardziej porywające niż cały film) - Bette poślubiła aktora grającego jej męża w filmie, mimo że poznała go na planie. A aktorka która ją podstępnie wykiwała z roli na ekranie, zrobiła to samo w prawdziwym życiu 33 lata później - w jakiś amerykańskim tasiemcu podmieniając ją (ale bez podstępu, Bette uczciwie wybierała się już do grobu). Pozycja 187/228.            
|