| Autor |
Wyślij |
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 229/1001  Sunset Blvd. (1950), USA, reż. Billy Wilder Kolejna wycieczka do świata showbiznesu i kolejna gorzka wycieczka. Czyli znów dramat i znów masa Oscarów i nominacji i znów kicha  . Chociaż z kilkoma smaczkami. Film zaczyna się gdy dryfujący w basenie trup z ranami postrzałowymi opowiada swoją historię. A jest to historia młodego scenarzysty, który szuka szczęścia w Hollywood. Nie bardzo mu to wychodzi, ale któregoś dnia przypadkiem trafia do posiadłości podstarzałej i zwariowanej aktorki z filmów niemych. I jakoś tak wychodzi, że mimo że ma na oko 30 lat od niego więcej, zostaje jego multimilionerową kochanką. Babka cały czas marzy o tym, aby powrócić w glorii i chwale na ekrany. Mieszka w ogromnej rezydencji tylko z lokajem (który wcześniej był jej pierwszym reżyserem i mężem) i szympansem, a w domku ma nawet salę kinową (Micheal Jackson??). I jest totalnie szurnięta. Co ciekawe, w filmie zagrała samych siebie cała masa znanych postaci z czasów kina niemego - z Busterem Keatonem na czele (którego jednakże rozpoznałem dopiero po tym jak doczytałem na imdb że to był on ;-). W którymś momencie lądujemy nawet na planie filmowym jakiegoś historycznego dzieła w Paramouncie - i ten film naprawdę wtedy powstawał, więc wygląda to wiarygodnie. Żeby było jeszcze śmieszniej, rolę lokaja gra Erich von Stroheim, który naprawdę był reżyserem aktorki grającej aktorkę  . I w którymś momencie oglądają na tym swoim kinie domowym film - też autentyczny, tyle że straszliwy niewypał, który był tak zły, że nie trafił ostatecznie do kin - to musiało być bolesne dla obojga hehe  . Poza jednak tymi wszystkimi smaczkami dla wytrawnych znawców kina niemego (do których się niestety nie zaliczam, tylko polizałem powierzchnię tą listą), film nie oferuje nic więcej. I sam się w swoich wywodach pogubiłem... Pozycja 181/229. (Buster na ostatnim obrazku pod spodem).               « Ostatnia zmiana: JRK, 11 kwi 2009, 3:30. »
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 230/1001  Los Olvidados (1950), Meksyk, reż. Luis Bunuel Ugh. Meksykański dramat socjologiczny w reżyserii twórcy Andaluzyjskiego Psa, L'Age D'or i Des Hurdes, filmów okupujących sam dół listy obejrzanych przeze mnie filmów. Obawiałem się, że znów będę cierpieć. I nie myliłem się... Ten film jest bolesny do oglądania, bardzo bardzo bolesny... Opowiada historię bandy dzieciaków z Meksyku, wychowujących się na ulicy, a zajmującej się głównie rozbojami, gwałtami, biciem niewidomych i ograbianiem z wszystkiego (włącznie z koszulą i improwizowanym wózkiem) nawet beznogiego kaleki (pokazane wszystko bardzo dosłownie). W filmie właściwie nie ma "dobrych" bohaterów, każdy jest odrażający, zły - nawet rodzice nie kochają swoich dzieci i wprost im to mówią, przyjemniaczki. Trup pada gęsto, dobrego zakończenia nie będzie, wydawałoby się w porządku dziewczyna zrzuca ciało zabitego w jej stodole dzieciaka na stos śmieci, żeby uniknąć tłumaczenia się policji - samo życie... Dodatkowo dostajemy jedną na szczęście niezbyt długą scenę schizowego snu, ale w porównaniu z resztą maksymalnie przygnębiającego materiału, aż tak bardzo mnie to nie zgnębiło. Omijać szerokim łukiem i cieszyć się że dzisiejsze bezrobocie polega na tym, że ma się więcej czasu na granie w Last Remnanta i takie atrakcje jak w Meksyku nam nie grożą. Pozycja 226/230.            
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 232/1001  The Big Carnival (1951), USA, reż. Billy Wilder Znany także jako Ace in the hole. Kirk Douglas jako bezwzględny reporter wyrzucony z największych gazet i uziemiony gdzieś na prowincji. Ale los uśmiecha się do niego, gdy przypadkowo trafia jako pierwszy na miejsce wypadku - mężczyzna uwięziony zostaje w jaskinii, która zwaliła mu się na głowę. Douglas manipuluje lokalnym szeryfem, ekipą ratunkową i rodziną zasypanego, tak aby przeciągnąć akcję ratunkową jak najdłużej - mimo że można ją było zakończyć w 12 godzin, decyduje się na wariant tygodniowy. Wszystko po to, by sprawę rozdmuchać, nadal jej pogłos, zamienić w największe wydarzenie medialne. I udaje mu się - pod jaskinię zjeżdżają się tysiące gapiów, powstaje miasteczko kempingowe i namiotowe, przyjeżdża wesołe miasteczko, cała masa sprzedawców, zaczyna się normalny odpust z muzyką i karuzelami. Oczywista sprawa, że życie zasypanego schodzi na dalszy plan. Dość przygnębiające, ale oczywiście całkowicie prawdziwe. Pozycja 85/232.          
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 233/1001  A Streetcar Named Desire (1951), USA, reż. Elia Kazan Już sam tytuł nastawił mnie do filmu bardzo sceptycznie - no bo sami przyznacie, że "Tramwaj zwany porządaniem" nie wróży zbyt dobrze... Kojarzyłem z niego tylko fakt, że będą krzyczeć Stellaaaaa i będą gwałcić  . Krzyki faktycznie były, gwałt został jednak ocenzurowany, tak że do końca w sumie nie wiedziałem, czy miał miejsce czy nie. W każdym razie - Marlon Brando i jego pierwsza wielka rola - gra Polaka, Stanleya Kowalskiego (mimo że w filmie zaprzecza że nim jest, ale żona go i tak tak nazywa, dodając przy tym, że Polak to coś jak Irlandczyk - nie zmyślam!), brutalnego, zwierzęcego gościa. Jego żona spodziewa się dziecka, czasem mimo to dostaje od męża lanie, ale zawsze mu przebacza. Mieszkają w Nowym Orleanie, w wyjątkowo podejrzanej dzielniczy i w niezbyt ciekawych warunkach. Na to wszystko zwala się siostra tejże małżonki i zaczynają się problemy. Siostra jest dziwna, podejrzana i wszystko wskazuje na to, że z lekka szurnięta. Cały czas są przez nią dzikie awantury, z rzucaniem naczyniami i wybijaniem okien. Od początku wiadomo, że to się dobrze nie skończy, ale trwa to aż 2 godziny. Jakoś wysiedziałem, ale oczywiście byla to zupełnie nie moja para kaloszy. Pozycja 133/233.            
|
|
|
|
|
Użytkownik
Dołączył: Maj 2008
Posty: 571
Skąd: Stolica
|
JRK napisał(a) Nr 233/1001 W każdym razie - Marlon Brando i jego pierwsza wielka rola - gra Polaka, Stanleya Kowalskiego
This radio station was named Kowalski, in honour of the last american hero to whom speed means freedom of the soul. The question is not when he’s gonna stop, but who is gonna stop him. Ktokolwiek wie z czego to cytat, bez patrzenia w google, ma u mnie +1 piwo, jeśli kiedykolwiek odbędzie się zlot JRK's RPGs  I wyjątkowo zgadzam się tu z Dżejem, "Tramwaj zwany porządaniem" również nie jest moja parą kaloszy. Nawet rewelacyjny Brando tu nie pomaga. _______________ If you're good at something, never do it for free.
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Niestety, musiałem zgooglować tę twoją zagadkę, ale nawet jak już doczytałem z czego to jest, to nadal tego czegoś nie kojarzę  . Cieszę się za to, że chociaż raz za swoje gusta filmowe nie podpadłem, jeee  . Nr 234/1001  Strangers On A Train (1951), USA, reż. Alfred Hitchcock Pomysł na morderstwo doskonałe - spotkaj w pociągu zupełnie obcą osobę, która też chce kogoś zamordować i... wymieńcie się morderstwami. Nikt nie będzie cię przecież podejrzewał o morderstwo zupełnie ci nieznanej kobiety gdzieś w odległej części kraju - no bo jaki miałbyś motyw? Wokół takiej idei kręci się ten cały film - oczywiście nie wszystko pójdzie zgodnie z planem, trochę się jak to u Hitchcocka postresujemy wraz z głównym bohaterem, napięcie kilka razy sięgnie zenitu i obejrzymy mecz tenisa ziemnego. Sporo w tym filmie elementów humorystycznych i zakładam, że one nie są przypadkowe (albo że tylko mnie one śmieszyły?) - całkiem ładnie to wszystko wyszło. I tak na marginesie - wybiera się ktoś na przejażdżkę pociągiem? Pozycja 60/234.            
|
|
|
|
|
Użytkownik
Dołączył: Maj 2008
Posty: 571
Skąd: Stolica
|
JRK napisał(a) Niestety, musiałem zgooglować tę twoją zagadkę, ale nawet jak już doczytałem z czego to jest, to nadal tego czegoś nie kojarzę
Nie kojarzysz "Vanishing Point"? Jeden z tych kultowych filmów drogi z przełomu lat 60 i 70. Zapewne masz go tam w swym podręczniku 1001 filmów, które trzeba obejrzeć  A Hitchcock, wbrew pozorom, uwielbiał humor, w szczególności o zabarwieniu czarnym. "Lina" ze obiadem na trumnie, czy całość "Kłopotów z Harrym" są dowodem na to  _______________ If you're good at something, never do it for free.
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nie kojarzę, poznam zapewne za kilka(naście?) miesięcy  . Nr 235/1001  The Lavender Hill Mob (1951), Wielka Brytania, reż. Charles Crichton Komedia gangsterska. I o ile amerykańskie filmy o przestępcach z tamtego czasu są przewidywalne (istniał zapis cenzury, który jasno precyzował, że przestępstwo musi być ukarane i skok, morderstwo, kradzież itd. nie może ujść bohaterowi na sucho, stąd od początku filmu wiadomo, że skończy się źle dla łotrów, jakkolwiek by sympatyczni nie byli), to brytyjczycy tego przepisu nie mieli, do końca więc nie wiedziałem, czy skok się udał czy nie. Dwóch porządnych obywateli postanawia okraść Bank Anglii - werbują dwóch wykwalifikowanych pomocników, organizują i wykonują skok. Potem pozostaje jeszcze tylko uciec z kraju. Jasna sprawa, że żeby było ciekawie, nie wszystko pójdzie zgodnie z planem, a jako że to komedia (i na dodatek brytyjska), przeciwności losu będą dość zabawne. Pooglądamy sobie kilka pościgów - w Londynie i w Paryżu (ze zbieganiem schodami w Wieży Eiffela - seryjnie zakręciło mi się od tego w głowie!). W roli głównej Alec Guinness, co do którego już wątpliwości nie mam, że aktorem dobrym jest. Gdzieś w jednej scence zapałętała się również Audrey Hepburn, aż sprawdziłem creditsy na imdb, żeby się upewnić czy mi się to tylko nie zdawało  . W każdym razie - film jak najbardziej zdatny do obejrzenia. Pozycja 60/235.            
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 237/1001  The African Queen (1951),Wielka Brytania, reż. John Huston Nie taka Królowa straszna jak ją Grimm maluje. Gdzieś w sercu Afryki, pierwsza wojna światowa. Niemcy zajmują wioski i wcielają miejscową ludność do swojej armii. Samotny kapitan łodzi dostawczej i misjonarka ruszaja w dół rzeki, z zamiarem wysadzenia w powietrze niemieckiego pancernika. Fabuła jest w sumie tylko pretekstem do pokazania tej podróży, bo jest to film przygodowy. I na dodatek niestety romans. Sama przygoda nawet nawet, niezłe ujęcia afrykańskiej przyrody, kupa zwierząt, jakby powycinać wyszedłby niezły film przyrodniczy  , są też wodospady, chmary komarów, burze, sztorm, pijawki, złamane śmigło, Niemcy strzelający z brzegu, trawiaste labirynty. Serio, cały czas rzucane są bohaterom pod nogi kłody, nie mają chwili wytchnienia. Niestety, nie przeszkadza im to w romansowaniu. A nie wspomniałem, że grają w tym Bogart i Hepburn (którzy urodą nie grzeszą i nikt mi nie wmówi że jest inaczej). I tak płyną, gadają, płyną, gadają, a potem jeszcze chwilę płyną. W zasadzie obejrzeć mimo to można. Zażenowany byłem niby tylko raz, jak Bogart robił małpę... Pozycja 87/237.            
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 238/1001  Journal D'un Cure De Campagne (1951), Francja, reż. Robert Bresson Po naszemu "Pamietnik Ksiedza z Prowincji". Kicha niesamowita. 2 godzine, po francusku i nic, ale to nic sie nie dzieje. Mlody, schorowany i totalanie niekumaty ksiadz obejmuje gdzies na zapadlej prowincji swoja pierwsza parafie. Zupelnie sobie nie radzi, caly czas choruje, nikt go nie lubi, a wszyscy maja jakies problemy. I tak lazi, robi cierpietnicze miny, snuje swoje przemyslenia, gada z ludzmi i nic z tego nie wynika. Dialogi sa dziwne, w wiekszosci nic z nich nie da sie zrozumiec, brak jakiejs mysli przewodniej. Wydaje sie, ze beda mimo wszystkie jakies watki, zaczyna sie kilka w miare obiecujacych spraw, ale koniec koncow, po napisach koncowych wszystko jakos tak sie rozmywa. Moze takie bylo przeslanie filmu, ze zycie nie zawsze musi byc emocjonujace i nie wszystko nam sie w zyciu uda, ale to niesamowicie nudne przeslanie  . Film omijac z daleka, chyba ze ma sie ochote na troche bezsensownego egzystencjonalizmu bez moralu. Pozycja 217/238.          
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 239/1001  An American in Paris (1951), USA, reż. Vincente Minnelli Jak lubię muzykale, to ten zupełnie mi nie podszedł. I ku mojemu zaskoczeniu dostał Oscara za najlepszy film 51 roku + 5 w innych kategoriach. A jest nudne, za długie, piosenki nie wpadają w ucho, a 20minutowa scena baletu niemal całkiem mnie uśpiła. Nie pomaga Gene Kelly, nie pomaga młoda Francuzka z nieco za dużym uśmiechem, nie pomagają nawet gołe nogi - nijak film nie porywa. Fabuła: Amerykanin klepie biedę w Paryżu, malując krajobrazy. Któregoś dnia wpada w oko milionerce, która postanawia zrobić z niego utrzymanka, ale z kolei jemu w oko wpada młoda tancerka. I wokół tego wesołego trójkącika (plus oczywiście większej ilości równie niesympatycznych postaci) kręci się cała intryga. Szkoda że jednak nie wyszło. Pozycja 152/239.            
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 241/1001  The Day The Earth Stood Still (1951), USA, reż. Robert Wise Na kolejkę tego filmu czekałem już od jakiegoś czasu. Słyszałem o nim sporo dobrego i chciałem się przekonać, czy faktycznie jest aż tak kultowy. Być może te oczekiwania trochę wpłynęły na mój odbiór, bo mimo że film jest spoko, to ekstatycznych przeżyć nie doznałem  . Mamy więc do czynienia z klasycznym filmem sci-fi, z popularnym wtedy tematem latających spodków. Nawet aktorzy grający w nim przyznali, że nie spodziewali się, że akurat ten tytuł wybije się spośród morza podobnych taśmowo produkowanych dziełek i czasem ciężko im było powstrzymywać się od śmiechu podczas co bardziej wydumanych scen. Film zaczyna się nieźle - na Ziemi ląduje statek z kosmosu, z którego wysiada dwójka obcych - jedna forma żywa i jeden robot. Obcy mają do przekazania Ziemianom ważną wiadomość, ale zanim to nastąpi, czeka nas sporo powikłań. Szkoda trochę, że te powikłania nie uwzględniają efektów specjalnych ani scen masowych (choć te na początku i na końcu filmu a i owszem obejrzymy i całkiem zacne), ale zawierają pseudofilizoficzne rozważania na temat natury ludzkiej oraz sporo gadaniny Trochę też to wszystko naciągane i naiwne. Niemniej jednak - film jak najbardziej nadaje się do obejrzenia nawet dziś, ale oczywiście tylko dla miłośników sci-fi. Pozycja 72/241.              
|