| Autor |
Wyślij |
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 242/1001  The Quiet Man (1952), USA, reż. John Ford John Wayne i Maureen O'Hara w Irlandii w latach 50. Hrabstwo Galway dokładnie, z którym osobiście miałem tu już do czynienia (wylęgarnia najgorszego zła hehe). Trochę się obawiałem, że to będzie dramat, ale szczęśliwie okazało się w sumie dość pogodną komedią gloryfikującą irlandzkie zaściankowe dziwactwa. I z tego co widziałem na ekranie, a to co widzę na codzień, to Irlandia sprzed tych 70 lat już nie istnieje, zupełnie się tu wszystko zmieniło i to niekoniecznie na lepsze. Ale akcent pozostał  . Do swojej rodzimej wioski po latach emigracji powraca z USA John Wayne i z miejsca zakochuje się w lokalnej dziewczynie. Zanim uda mu się ją zaciągnąć przed ołtarz sporo się namęczy, a ślub będzie zresztą dopiero początkiem problemów. Na szczęście wszystko skończy się dobrze, bo przecież nie ma w Irlandii takiego problemu, którego czarne piwo i obtrzaskanie się po mordach przy aprobacie całej wioski i z akompaniamentem obu księdzy (obowiązkowo jeden katolicki i jeden prawosławny) nie załatwi. Pozycja 72/242.            
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 243/1001  Jeux Interdits (1952), Francja, reż. Rene Clement Ufff, ten film zdecydowanie dla widzów o mocnych nerwach. Zakazane gry to wojenna historia widziana oczami 5letniej dziewczynki. Porypane ostro. Zaczyna się z hukiem - od nalotu niemieckich samolotów na most którym przetacza się kolumna uchodźców. Między nimi jest mała dziewczynka z rodzicami i szczeniaczkiem. Piesek nawiewa, dziewczynka go goni, za nią rodzice, zaczyna się nalot, żywa wstaje tylko dziewczynka. A potem jest jeszcze zabawniej - sierotka trafia do rodzinki bardzo ale to baaaardzo prostych wieśniaków i jakoś stara się sobie radzić z rzeczywistością. A konkretnie przez bawienie się w pogrzeby. Razem z zakumplowanym chłopakiem kradną krzyże z cmentarza, kościoła i gdzie popadnie i w opuszczonej stodole urządzają cmentarz dla zwierzątek. Często te zwierzątka wcześniej własnoręcznie wykańczając żeby było co chować. Co gorsze, scena śmierci pierwszego pieska i późniejsze rzucanie, bawienie się i noszenie jego zwłok wydała mi się zbyt doskonała. Podejrzewam, że to nie były efekty specjalne (a delikatne porównanie z filmami z epoki już mam), ale oni naprawdę tego bidnego szczeniaczka dla potrzeb filmu ukatrupili - zwłaszcza jego śmiertelne drgawki na to wskazują... No i ogólnie cała idea traktowania śmierci jako doskonałej zabawy przez nieświadome tragedii dziejącej się wokół nich dzieci to było mocne zagranie. Film dobry, ale zdecydowanie nie polecam jako rozrywki. Pozycja 138/243.              
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 244/1001  Angel Face (1952), USA, reż. Otto Preminger Coś mi się spowolniło to całe oglądanie. Czyżbym przedawkował? Albo może już dawno nic porywającego nie było. Dziś niestety też zupełny przeciętniak. Znów kryminał, znów kobitka jest ta zła i wciąga faceta w kłopoty. Facet - Robert Mitchum, totalny luzak, niezbyt się do kobiet przywiązujący. Jako pielęgniarz przyjeżdża do bogatej rezydencji, gdzie spotyka młodą spadkobierczynię majątku. Rozmawiają 30 sekund, po czym leje ją na odlew w twarz, na co ta reaguje momentalnym się w nim i na zabój zakochaniem. Morał - jeśli podoba ci się jakaś dziewczyna i chcesz ją mieć na zawsze, rozpocznij znajomość mocnym akcentem, sprzedając jej liścia. Potem robi się standardowo - dziedziczka nie dostanie forsy, póki niedobra macocha nie stuknie w końcu w kalendarz, ale coś jej do tego niespieszno, więc może by tak dopomóc przeznaczeniu? Zakończenia można się łatwo domyślić, zwłaszcza jeśli się oglądało kilka wcześniejszych filmów z tej listy. I cały czas mając na uwadze zapis cenzury, że przestępstwo zawsze musi zostać ukarane. Przewidywalne, przeciętne, momentami mocno nudzące. Pozycja 164/224.          
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 245/1001  Singin' in The Rain (1952), USA, reż. Stanley Donen, Gene Kelly Jeden z najsłynniejszych muzykali świata, a jako że ten typ rozrywki ku zgryzocie Grimma lubię, film nie mógł mi się nie podobać. Któż nie zna tytułowego numeru? Nie ma chyba człowieka, który nie potrafiłby tego przynajmniej zanucić! I to nie jedyna piosenka, która w tym filmie wpada w ucho (Good Morning, Make Them Laugh), choć oczywiście jest też kilka zupełnie niefajnych, ale tak zwykle bywa. Film jest przy okazji bardzo pogodny, ciepły i nawet problemy które nasi bohaterowie przeżywają potraktowane są z przymrużeniem oka i od samego początku wiadomo, że wszystko skończy się dobrze  . W filmie cofamy się do Hollywood z lat 20, kiedy królowało kino nieme, a filmy mówione były dopiero w powijakach. Kiedy jednak w końcu się rozkręciły, kino nieme musiało ustąpić i nie wszyscy aktorzy poradzili sobie z przesiadką. I właśnie o tym jest tenże film. A przy okazji o miłości, deszczu i śpiewaniu. Zasłużona pozycja 4/245, a tytułowej piosenki pewnie jeszcze długo się nie pozbędę z głowy.            
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 246/1001  Ikiru (1952), Japonia, reż. Akira Kurosawa Ku mojemu rozczarowaniu nie było samurajów, wycinania bebechów ani tryskającej krwi. Dostałem za to dramat umiejscowiony w powojennej Japonii. Ciężki dramat. Urzędnik miejski dowiaduje się pewnego dnia, że choruje na raka żołądka i zostało mu maksymalnie pół roku życia. Nasz bohater robi sobie rachunek sumienia i wychodzi mu, że w zasadzie życie przepracował (30 lat i ani jednego dnia urlopu ani chorobowego). W tym momencie film mnie zaczął interesować, bo też mam morderczo nudną robotę, ale ja przynajmniej wiem, że niedługo znów ją rzucę i nie utknę w niej na 30 lat  . W każdym razie - obserwujemy różne etapy radzenia sobie z nieuchronnie zbliżającą się śmiercią (od picia na umór, obowiązkowej wycieczki do dzielnicy czerwonych latarni, po hazard). I cały czas widzimy umordowaną twarz głównego bohatera, wiecznie załzawione oczy i przygnębienie. No dobra, skłamałem- tylko pół filmu, bo druga połowa to pogrzeb. Seryjnie - prawie godzinę spędzamy z coraz bardziej pijanymi stypowiczami. Po prostu miodzio. Jak ktoś chce się poddołować - to jest to świetny tytuł by się z nim zapoznać w tym celu. Pozycja 146/246.              
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 248/1001  The Bad And The Beautiful (1952), USA, reż. Vincente Minnelli Być może z powodu dwóch poprzednich ciężkich obcojęzycznych filmów, ale ten oglądało mi się znakomicie i podobał mi się. Dostajemy kolejny film z Hollywood o Hollywood i po raz kolejny świat za kulisami nie jest tak wspaniały jak by się mogło wydawać. Kirk Douglas gra genialnego producenta, który tworzy swe dzieła kosztem innych - zabierając im coś cennego (typu miłość, pomysły) robi z nich przy okazji megagwiazdy. Film oglądamy w retrospekcji, jako trzy opowieści - reżysera, aktorki i scenarzysty, którzy mieli z Kirkiem do czynienia. Jak już wspomniałem ogląda się bez zgrzytów, dodatkowo rajcował mnie fakt, że potrafiłem dzięki tej liście i obejrzanym wcześniej filmom wyłowić całą masę nawiązań do starych filmów i prawdziwych zdarzeń i osób (a co nie wyłapałem doczytałem na imdb i mogę udawać, że wyłapałem). Mile to oczywiście podłechtało moją dumę z własnej osoby. A prywatnie najbardziej wstrząsnął mną fakt, że w filmie mają żyrandol z Waterford (mieszkam tu teraz) - właśnie w tym roku zakład produkujący kryształy upadł tak na marginesie, bo inwestor wycofał się z kasą do... Polski  . Z tego powodu pozycja 63/248.             « Ostatnia zmiana: JRK, 11 cze 2009, 19:55. »
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 249/1001  The Big Sky (1952), USA, reż. Howard Hawks Western. I to taki klasyczny, nastawiony na przygodę, nie jakieś tam nowoczesne rozważania o naturze ludzkiej i ciężkie moralne dylematy. O nie, nie, ten jest porządny i rozrywkowy  . Opowiada historię zdobywania Dzikiego Zachodu, a konkretnie terytorium Północno Zachodniego. Grupka handlarzy (mieszane towarzystwo, głównie Francuzi, Anglicy (Kirk Douglas sporo się udzielał w tym 52 roku), zwariowany Indianiec i młoda Indianka) postanawia ruszyć w górę rzeki Missouri, by dotrzeć tam, gdzie wcześniej nie dotarł żaden biały człowiek. I po drodze oczywiście przeżywają całą masę przygód - bo przeciw nim jest przyroda, źli indianie, zła konkurencja i własne słabości. Film kręcony w rezerwacie przyrody, więc zdjęcia wyszły naprawdę niesamowite i ogląda się z niesamowitą przyjemnością, żal trochę że film nie w kolorze, bo temat aż się o to prosił, ale i tak jest ładnie. Kawał dobrego przygodowego kina. Pozycja 41/249.              
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 250/1001   High Noon (1952), USA, reż. Fred Zinnemann Kolejny western na liście. Polski tytuł "W samo południe", znany u nas głównie poprzez fakt wykorzystania w kampanii wyborczej Solidarności w pierwszych prawie-że-wolnych wyborach w 1989 roku. Zdaje się, że już to kiedyś oglądałem, bo sporo scenek wydawało mi się mocno znajomych. Gary Cooper gra szeryfa, który w dniu swojego ślubu (przy okazji, on lat 51, żona lat 21, to się nazywa dobry układ  ) oddaje odznakę i ustępuje ze stanowiska. Długo jednak nie poodpoczywa (jakieś 5 minut  ), gdyż okazuje się, że do miasta przyjeżdża pragnący wyrównać z nim rachunki morderca. Pociąg przyjeżdża w samo południe, a Gary ma ciut ponad godzinę na znalezienie sobie pomocników którzy staną wraz z nim naprzeciw bandziorom. A nie będzie to zadanie proste, bo mimo że był dobrym szeryfem i wydawało mu się, że ma przyjaciół, jakoś nikomu nie śpieszy się do nadstawiania za niego karku. Ogląda się to ciekawie, niemal w czasie rzeczywistym - godzina oczekiwania na pociąg to prawie godzina filmu, scenki cały czas przeskakują między szukającym pomocy Garym, a czekającymi na peronie napięcie buduje się bardzo ładnie. Dobry film. Pozycja 40/250.              
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 251/1001  Umberto D. (1952), Włochy, reż. Vittorio De Sica Włoskie kino powojenne. Spodziewałem się najgorszego i moje obawy zostały w 100% potwierdzone. Jest źle, a nawet bardzo źle. Starszawy człowiek ledwo wyżywa na swojej biednej emeryturce. Jego jedyną pociechą w życiu jest mały pocieszny piesek. I już w tym momencie wiedziałem, że stanie się krzywda i jemu i pieskowi, że cały film będą cierpieli, a widz razem z nimi. I nie pomyliłem się. Zła landlady postanawia ich wykopać, podnosi czynsz tak że nasz bohater nie ma szans go opłacić, mimo że próbuje - sprzedaje za grosze cały swój skromny dobytek, ale i to nie pomaga. Próbuje żebrać, pożyczyć od znajomych, robi co może - wszystko na darmo. Płacz i zgrzytanie zębów i znikąd ratunku. Jak ja "uwielbiam" takie podnoszące na duchu filmy. Wreszcie postanawia skończyć z tym raz na zawsze i zabrać się z tego świata razem z psiaczkiem. Jak mówiłem - radość kapie z ekranu niemal w każdej scenie. A sporo scen jest naprawdę bezsensownego celebrowania normalnych czynności - chyba z 10 minut oglądamy jak nasz bohater się bez słowa przebiera, albo jak pokojówka 5 minut robi herbatę. Serio. I oczywiście prawie wszystkie wątki zostają porzucone, nic się nie wyjaśnia, nic się nie kończy. Omijać szerokim łukiem. Pozycja 202/251.          
|
|
|
|
|
Użytkownik
Dołączył: Maj 2008
Posty: 272
|
Od samego opisu można się zdołować - ostrzegaj na przyszłość  Z drugiej strony spojrzenie na same kadry budzi przykre uczucia, ostrzeżenie by nic nie pomogło.
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 252/1001  Le Carrosse D'or (1952), Włochy+Francja, reż. Jean Renoir Jak doskonale już wiemy, francuskie filmy to merde, natomiast włoskie to merda. Z połączenia mocy twórczej tych dwóch państw powstaje więc tzw. merdea. I na taką też atrakcję szykowałem się przy okazji tego filmu (polski tytuł to na marginesie coś w stylu Złota Karoca). Jednakże miło się rozczarowałem. Zamiast spodziewanego egzystencjalnego kupska rażącego bezsensem ludzkiego losu i cierpieniem jednostek, dostałem mało zabawny, mało przyjemny i mało interesujący, ale mimo wszystko romans. Na dodatek kostiumowy. Zdaje się, że wyszły tego dwie wersje językowe - ja miałem szczęście natknąć się na tą angielską - aktorzy to Włosi i Hiszpanie, więc ich angielski pozostawiał do życzenia, ale i takie było założenie, jako że akcja toczy się gdzieś w hiszpańskiej kolonii w Ameryce w XVII/XVIII wieku, do której przypływa grupka włoskich aktorów z zamiarem założenia teatru. Wkrótce rozkręca się czworokąt miłosny, bo główna aktorka znajduje sobie aż trzech adoratorów - Hiszpańca, który przypłynął za nią z Europy, miejscowego torreadora oraz samego gubernatora. Film to przeplątanie sztuki teatralnej i życia - to samo co aktorka gra na scenie, przydarza jej się też naprawdę, ale nie jest to na szczęście nachalne i da się przeboleć. Przeboleć za to nie mogłem faktu, że rozrywana aktorka to w rzeczywistości stare babsko, za którym nikt by się na ulicy nie obejrzał (chyba żeby wyrwać torebkę), a tu do jej stóp pada cały świat jako cudu piękności. Być może gdyby nie ten szkopuł, nie nudziłbym się tak przy projekcji. Ale przynajmniej nie cierpiałem i nikt nie zabijał małych piesków, więc i tak czuję się zwycięzcą! Pozycja 171/252.          
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 253/1001  The Bigamist (1953), USA, reż. Ida Lupino Temat wydawałoby się ciekawy, ale wyszła nuda. Zaczyna się od śledztwa - małżeństwo chce adoptować dziecko, więc agent socjalny sprawdza ich. I wpada na trop podejrzanej działalności męża. Napięcie sięga zenitu, kiedy po 15 minutach drążenia okazuje się, że w innym mieście ma drugą żonę i dziecko, o nie - to bigamista!! Kto by się spodziewał??!!! Po czym następuje spowiedź mężczyzny, który opowiada jak doszło do tego, że ma dwie żony, które zresztą kocha obie, a które o sobie nie wiedzą. Ale jest to spowiedź w gruncie rzeczy nudnawa, dzieje się niewiele, śmiechu ani łez nie uświadczymy, po prostu grzecznie i lekko niecierpliwie czekamy aż dojdzie do momentu w którym jest obecnie i zobaczymy jak to się wszystko ewentualnie zakończy. I od razu zdradzę (a co!) - nie skończy się - zakończenie zostało złośliwie zostawione otwarte. Buuu. Pozycja 197/253.            
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 254/1001  The Band Wagon (1953), USA, reż. Vincente Minnelli Muzykal z niezłą obsadą - Fred Aster i Cyd Charisse w rolach głównych. Piosenek jakoś specjalnie w ucho wpadających nie uświadczyłem, choć dwa numery były całkiem całkiem choreograficznie - a przy trojaczkach się naprawdę uśmiechałem  . Ogólnie jednak niestety wiało lekko nudą. Dobrze chociaż, że aktorki urodziwe, to można było obejrzeć bez cierpienia. Jak to często gęsto w tym filmach bywa (a przynajmniej na tej liście), jest to muzykal o robieniu muzykalu. Oczywiście wszystko zmierza ku katastrofie, ale na końcu dzięki zaangażowaniu powstaje hit. Ktoś zaskoczony?  . Sporo tańca, trochę niestety w kierunku baletu, trochę żartów, trochę błyskania po oczach roztańczonymi nogami i majtasami. Ujdzie, ale bez większego entuzjazmu. Pozycja 109/254.              
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
|