| Autor |
Wyślij |
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 256/1001  From Here To Eternity (1953), USA, reż. Fred Zinnemann Obsypany ośmioma Oscarami (rekord wyrównany z Przeminęło z Wiatrem) film na podstawie powieści Jamesa Jonesa. Gwiazdorska obsada - Burt Lancaster, Montgomery Clift (o którym przed tą listą nie miałem pojęcia, a który pojawia się tu już chyba po raz 10y), Frank Sinatra i jeszcze kilka znanych twarzy. Ku mojemu zaskoczeniu - podobał mi się!  Hawaje, amerykańska baza wojskowa kilka miesięcy przed atakiem Japończyków. W stosunku do powieści film znacznie złagodzony - np. burdel zamieniony został na klub z "hostessami", ale i tak jak na lata 50 bardzo odważna i poważna tematyka. W koszarach szerzy się znęcanie nad żołnierzami, alkohol leje się strumieniami, bójki na porządku dziennym. Do tego dochodzi sex - ze słynną sceną kotłującej się na plaży i zalewanej falami przypływu pary. Dziś jak już wspomniałem wywoła tylko uśmiech uznania, 60 lat temu wywoływało szok kulturowy  . Ucieszyło mnie też zakończenie - bardzo fajnie przedstawione sceny bitewne - przeplatane z autentycznymi zdjęciami z archiwów z 42 roku. Z czystym sumieniem mogę polecić - męskie kino! Pozycja 43/256.              
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 257/1001  Tokyo Monogatari (1953), Japonia, reż. Yasujiro Ozu Po ponad miesięcznej przerwie spowodowanej nałogowym graniem w Lotro trochę ruszyło mnie sumienie i postanowiłem jednak jakiś film z listy obejrzeć. Niestety, trafiłem bardzo, bardzo źle. Popadło bowiem na ponad 2godzinną japońską nudę. A właściwie NUDĘĘĘĘ. Niemal nic się w tym filmie nie dzieje - starzejące się małżeństwo z prowincji przyjeżdża do Tokio odwiedzić swoje dorosłe dzieci. I tyle. Głównie gadają, jedzą, piją, znów gadają. Kamera cały czas leży na podłodze, ujęcia są długie, a wszystkie najbanalniejsze zajęcia celebrowane. Baaardzo ciężko usiedzieć przed monitorem i obserwować przez 5 minut jak sobie piją herbatę i gadają co by tu teraz zrobić. Na dodatek postaci są typowo japońskie - pełne rezerwy, nie okazują na zewnątrz uczuć, więc cały czas jest spokój i idylla. Aaaargh, takie coś - czyli obrazki z życia, na których nic się nie dzieje, to ja mam w pracy, dziękuję, jako rozrywki tego nijak zaliczyć nie mogę. Unikać szerokim łukiem. Pozycja 221/257.            
|
|
|
|
|
Użytkownik
Dołączył: Maj 2008
Posty: 25
|
Jaki kontrast z filmwebiem: Utrzymana w powolnym rytmie narracja podporządkowana jest psychice bohaterów, ich doznaniom i uczuciom, wprowadzając ton zadumy nad losem bohaterów i łagodnej wyrozumiałości wobec postaw ludzi. Mistrzowsko zagrany film o bolesności przemijania jest jednym z najciekawszych dokonań mistrza japońskiego kina, który niestety nie jest reżyserem tak znanym jak na to zasługuje jego twórczość. 
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
--> Domin - Filmweb kłamie  Nr 258/1001  Roman Holiday (1953), USA, reż. Robert Wyler, William Wyler Komedia romantyczna z przecudnej urody młodą Audrey Hepburn i Gregory Peckiem. 10 nominacji do Oscara, 3 statuetki zgarnięte. Ogląda się to z przyjemnością, wreszcie jakiś film w Rzymie, w którym nie pokazywali mi przymierających z głodu na ulicy dzieci, czy żebrzących staruszków tylko zakochaną parę na tle Koloseum. Młoda księżniczka z niesprecyzowanego państwa objeżdża Europę zabiegając o poprawę wymiany handlowej. Znudzona takim życiem podczas pobytu w Rzymie ucieka na jedną noc i przypadkowo trafia na amerykańskiego reportera, który rozpoznaje ją i postanawia wykorzystać okazję do napisania reportażu życia. Wraz ze zwariowanym kumplem fotoreporterem z aparatem ukrytym w zapalniczce (Bond się chowa) spędzają zwariowany dzień w Rzymie, dobrze się bawiąc. Jednakże jak to w takich bajkach bywa, gdzieś po drodze rodzi się miłość. Film jest w miarę zabawny, kilka scen przeszło do historii kinematografii i rozpoznałem je, mimo że film oglądałem pierwszy raz (przejażdżka po mieście na skuterku, wsadzanie dłoni do mordy w ścianie, która dłoń odgryzie jeśli jest się kłamcą, walka z agentami specjalnymi), ale ogląda się to i tak głównie dla Audrey. Ślicznej, uśmiechniętej, pogodnej Audrey. eeeeeech  . Pozycja 18/258.          
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 259/1001  Le Salaire De La Peur (1953), Francja + Włochy, reż. Henri-Georges Clouzot Nic o tym filmie nie wiedziałem, tyle co spojrzałem na producentów - współpraca włosko-francuska i zazgrzytałem zębami. Pierwsze pół godziny tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że to będzie niesamowita kicha. Południowoamerykańskie miasteczko, gdzieś w centrum kontynentu, brud, smród i ubóśtwo na każdym kroku. W takim warunkach wegetuje grupka emigrantów z Europy - towarzystwo międzynarodowe (w filmie usłyszymy niemiecki, francuski, włoski, angielski, hiszpański). Ich marzeniem jest zarobienie wystarczającej ilości pieniędzy by kupić bilet lotniczy do Europy. Dramat słowem jednym socjalny. Po pół godzinki sobie odpuściłem i o filmie na dwa tygodnie zapomniałem. Wczoraj jednakże ochrzaniony przez Nerkę, że nic nie robię, ino gram postanowiłem się przemóc i do filmu wróciłem. I ku mojemu zaskoczeniu film się całkowicie zmienił! Ostatnie półtorej godziny przesiedziałem wpatrzony w ekran z wypiekami na twarzy. Otóż bowiem w miasteczku pojawia się oferta pracy - 2000 dolców za przewiezienie ciężarówki z nitroglyceryną do odległego o 300 mil ośrodka. Droga prowadzi przez góry, bezdroża i dżunglę, a najmniejsze potelepanie ciężarówki doprowadzi do wybuchu ładunku. Jest to więc igranie ze śmiercią, ale desperatów na taką wyprawę nie brakuje. Wyruszają w 2 ciężarówki, a sadystyczni autorzy rzucają im pod nogi kłody na każdym zakręcie. I ogląda się to naprawdę dobrze! Cały czas w napięciu, cały czas na granicy życia i śmierci. Zdjęcia fajne, efekty specjalne też niezgorsze. Słowem - dobre kino przygodowe ze zbędną dawką socjalnych obserwacji na początku. Pozycja 114/259.            
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 260/1001  The Naked Spur (1953), USA, reż. Anthony Mann Po pierwszym radosnym uniesieniu (naked w tytule! jeeej!) przyszło opanowanie (ale, ale - spur to po naszemu ostroga... łeeee), a potem znów uniesienie (James Stewart - jeeeej!). I po tych wahaniach nastojów (sprawdziłem, test ciążowy wyszedł mi negatywnie hmmm) przechodzimy do sedna. Naked Spur to western. I to dobry western. Występuje w nim tylko 5 aktorów (+indianie, ale oni nic nie mówią, tylko umierają zastrzeleni przez naszych bohaterów, więc się nie liczą) oraz krajobrazy. A krajobrazy to są znakomite - film kręcony w Colorado, więc popatrzymy sobie na góry i rzeczki jak z obrazków. Na dodatek w kolorze. Słów kilka o fabule - James Stewart ściga zbiegłego przestępcę, za którego głowę wyznaczona jest wysoka nagroda. Po drodze przypałętuje się do niego dwóch pomocników, a bandzior ma do towarzystwa młodą dziewczynę (którą potem zobaczymy w Psychozie i Ptakach Hitchcocka). Szybko zostaje schwytany, ale to tylko początek problemów - stara się bowiem podczas wielodniowej podróży powrotnej za wszelką cenę skłócić ze sobą łowców nagród. Ogląda się dobrze, pełno akcji, kolorowe krajobrazy też robią swoje, nie zepsuło mi ogólnego pozytywnego wrażenia nawet niezbyt przemawiające do mnie zakończenie. Słowem - pozycja 61/250.          
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 261/1001  Gentlemen Prefer Blondes (1953), USA, reż. Howard Hawks Nie bardzo rozumiem całe to zamieszanie wokół Marilyn Monroe. Na mnie ona jakoś nie działa. Mężczyźni wolą blondynki to komedia romantyczna z elementami śpiewanymi (ale że piosenek jest raptem 4 albo 5 muzykalem tego nazwać nie wypada). Marilyn gra pazerną na kasę, zdradziecką, wyrachowaną intrygantkę, a przy okazji głupiutką blondynkę, która jakimś cudem jest jednak bohaterką pozytywną (ale mnie tylko denerwowała i nijak się nie mogłem z nią zidentyfikować ;-)). Razem ze znacznie sympatyczniejszą przyjaciółką (Jane Russell z The Paleface (194  - ale nadal wygląda jak facet...) wyrusza w rejs do Europy. Po drodze przeżywają kilka nieistotnych przygód z detektywami, amerykańską kadrą olimpijską, policją, sądem i oczywiście podstarzałymi i zbyt młodymi milionerami. Kilka momentów było naprawdę śmiesznych (zwłaszcza z kilkuletnim milionerem - dzieciak teksty miał dobre), ale ogólnie trzyma to poziom dość przecięny. Ale ogląda się bez bólu, elementy śpiewane można przełknąć (piosenki nie wpadają w ucho), a i przewidywany od samego początku happy end wita się z uczuciem zadowolenia. Pozycja 96/261.            
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 262/1001  Pickup on South Street (1953), USA, reż. Samuel Fuller Kryminał. O tyle ciekawy, że pierwszy raz w filmie na tej liście głównym złym są... Komuniści! Czerwoni szpiedzy, zdrajcy narodu amerykańskiego kradną mikrofilm z jakimiś niezwykle ważnymi wzorami chemicznymi. Przypadek sprawia, że film ten zostaje skradziony przez zawodowego kieszonkowca (tytułowy pickup to potoczna nazwa tego typu kradzieży). Przypałętuje się oczywiście piękna kobieta, pojawia się obowiązkowy wątek miłosny. Co jednak ciekawe - wbrew pozorom kieszonkowiec nie jest jak to zwykle bywa pokazany jako osoba sympatyczna. Wręcz przeciwnie, we mnie wzbudzał jedynie negatywne odczucia. Napotkaną dziewczynę okradł, pobił, sponiewierał, obrzucił obelgami, zgodził się na targi z komunistami, na co oczywiście zareagowała w jedyny możliwy sposób - z miejsca i na zabój się zakochała. Stare filmy to kopalnia dobrych porad na udane związki partnerskie  . W każdym razie - mimo antypatycznego bohatera ogląda się to ze sporą przyjemnością. Pozycja 102/262.          
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 263/1001  The Big Heat (1953), USA, reż. Fritz Lang Kryminał. Typowy, ani wybitny ani wybitnie zły. Gdzieś w Ameryce żyje sobie uczciwy gliniarz z kochającą żoną i córeczką. Więc kiedy wpycha nos w sprawy, które są dla niego zbyt duże (korupcja na wysokich stanowiskach), a reżyser serwuje nam kolejne wzruszające obrazki domowego szczęścia, może wydarzyć się tylko jedno  . I faktycznie, nie pomyliłem się ani o jotę  . Twarzy znajomych w filmie sporo, ale nie potrafię przypisać do nich nazwisk, przewijały się już jednak przez te 1001 filmów niejeden raz. Reżyser też już chyba z 5ym tytułem na liście. Ale jak mówiłem - zwykły przeciętniak, którego obejrzenie nie boli, ale i nie stałem się dzięki niemu bogatszym wewnętrznie człowiekiem ;-). Pozycja 120/263.            
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 264/1001  Les Vacantes De M. Hulot (1953), Francja, reż. Jacques Tati Francuska komedia. I już wiem od kogo ściągał Jaś Fasola. Dostajemy tu bowiem to samo. Fajtłapowaty gostek, niosący za sobą niechcący cały czas falę destrukcji. Dziwnie mówi, dziwnie chodzi, dziwnie się zachowuje, jeździ starym zdezelowanym samochodem, a przy tym jest bardzo sympatyczny. Brzmi znajomo? Mówiłem - Jaś Fasola  . Film w zasadzie pozbawiony fabuły - ot Jaś, tfu, Hulot przyjeżdża nad morze na wakacje. Cała reszta to pasmo gagów, w większości bardzo zabawnych. Gadania tu mało (znowu Jaś!), więcej humoru sytuacyjnego. Film toczy się powoli, pozbawiony jest większych wydarzeń - ot ludzie jedzą, pływają, grają w tenis - a mimo to nie nudziłem się ani przez momencik. Takie francuskie kino to ja rozumiem! Pozycja 27/264.            
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 265/1001  Viaggio in Italia (1953), Włochy, reż. Roberto Rossellini Zupełnie nie rozumiem zachwytów nad Rossellinim. Robił filmy nudne i na dodatek po włosku  . Szczęśliwie trafiłem na angielską wersję tego tytułu, ale i tak jakoś dziwnie - zdaje się, że mimo że dwójka głównych aktorów to Amerykanie (no powiedzmy, że Ingrid Bergman to taka importowana), to w oryginale nawijali po włosku, a potem zdubingowali sami siebie również po angielsku - bo ruchy ust nie zawsze zgadzają się ze słowami. A o czym jest ta kaszana? Małżeństwo z problemami przyjeżdża do Włoch sprzedać chałupkę po wujku (lokacja niezła, z widokiem na Wezuwiusz i wyspę Capri). Problemy polegają na tym, że miłość wygasła i czas na rozwód. Spędzają więc czas osobno, zwiedzając okolicę. Koniec fabuły. Nudy aż wylewają się z ekranu. I nie pomogą nawet włoskie widoczki, bo zwiedzanie też jest koszmarnie nudne, a zdjęcia jakieś takie nieciekawe. Wymęczyłem się słowem przy filmie niemiłosiernie i tylko marzyłem, aby się wreszcie rozwiedli i przestali nad sobą i nade mną znęcać. Zdecydowanie odradzam. Pozycja 227/265.          
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 266/1001  Ugetsu Monogatari (1953), Japonia, reż. Kenji Mizoguchi Skaczemy geograficznie z tymi filmami - była Francja, Włochy, a teraz lądujemy w Japonii. Bałem się tego filmu, jako że reżyser wcześniej już się na liście pojawił i niezbyt mnie zachwycił. Szczęśliwie, nie było tak źle. Akcja osadzona w XVI wiecznej Japonii, podczas wojny domowej, dostałem więc odrobinkę samurajów, wojny i takich tam. Niestety - wszystko to z perspektywy kilku wieśniaków, więc scen batalistycznych nie ma, są jeno sceny uciekania po krzakach, ale i tak jest ok :-). W każdym razie - dwa wiejskie małżeństwa przeżywają ciężki okres, bo na okazję wojny w mężach obudziła się ambicja - jeden postanawia zostać żołnierzem, a drugi zbić na wojnie majątek. Jak się łatwo domyślić, dobrze się to dla rodzin nie skończy. A żeby było jeszcze ciekawiej, do tego wszystkiego wmieszana jest mitologia - pojawiają się duchy i takie tam. Nie jest źle. A jak jeszcze wspomnę, że jedna z postaci (nie do końca pozytywna, choć to kwestia sporna) wygląda jak moja szefowa (z tego też powodu u mnie bezspornie postać została określona jako ZŁA), to nic jeno obejrzeć  . Pozycja 81/266.            
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 267/1001  Shane (1953), USA, reż. George Stevens Klasyczny western. W kolorze. Z wyrazistymi, bardzo westernowymi postaciami. Słowem - jest fajnie  . Gdzieś na Dzikim Zachodze, do miasteczka (3 domy i saloon) przyjeżdża nieznajomy jeździec - tytułowy Shane. Zatrudnia się jako pomocnik na farmie, zauroczony urodą pani domu (w tej roli aktorka, która jak wyczytałem na imdb miała ponad 50 lat - nie zgadłbym!!!). Pojawiają się też oczywiście kłopoty, w postaci trzęsącego okolicą hodowcy bydła, który chce się pozbyć osiedleńców. Wszystko zmierza ku krwawemu finałowi konfliktu... Najlepszy z całego zestawu jest bez wątpienia zły do szpiku kości Jack Palance - od uśmiechu radości nie mogłem się powstrzymać za każdym razem jak się pojawiał na ekranie. Reszta załogi też niczego sobie, poza dzieciakiem, który czasem mnie wkurzał ;-). Żeby nie przedłużać - dobre kino. Pozycja 42/267.            
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 268/1001  Beat The Devil (1953), UK+USA+Włochy, reż. John Huston Ostatni film z roku 1953 (który zszedł mi jak dotąd najdłużej, ponad 3 miesiące... ups). I czekało mnie niemałe zaskoczenie - był to mianowicie film bardzo dobry! Niby można się tego było spodziewać po filmie przygodowym z Humphreyem Bogartem, ale jak zwykle nic o tytule przed jego obejrzeniem nie wiedziałem. Film jest na dodatek niezłą komedią, a połączenie przygoda + komedia to zwykle sukces gwarantowany. Oprócz Bogarta w filmie mocny zestaw aktorski, którego jednakże nie kojarzyłem (z małymi wyjątkami), ale goście odwalili kawał dobrej roboty. Jak również obie panie (ktoś kto nazywa się Gina Lollobrigida nie może wyglądać źle!). Oglądało mi się to z niesamowitą radością - akcji może za dużo nie ma (całość kręci się wokół wyprawy grupki złodziejaszków i oszustów do Afryki w celu złupienia tamtejszych złóż uranu, czy coś, w sumie nieistotne i tak wiadomo że tam nie dotrą ;-)), ale dialogi i sytuacje - palce lizać. Słowem - z czystym sumieniem polecam do obejrzenia miłośnikom gatunku. Pozycja 12/268.           « Ostatnia zmiana: JRK, 06 paź 2009, 21:54. »
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 269/1001  Johnny Guitar (1954), USA, reż. Nicholas Ray Western. Przyzwoity, ale nie powalający. Mój główny zarzut to zupełnie nieatrakcyjne dwie główne role kobiece. Choć tak zapewne miało być, bo w filmie obie bohaterki 'noszą spodnie' (mimo iż paradują w coraz to nowych sukniach) i zachowują się jak mężczyźni (czyli są mściwe, zawistne, pałają żądzą mordu.. a nie, to jednak zachowują się jak normalne kobiety, coś mi się pomyliło...). W każdym razie - do małego miasteczka przybywa tytułowy Johnny - zatrudniony przez swoją byłą ukochaną do ochrony i gry na gitarze w jej saloonie. Grania na gitarze za dużo nie będzie, bo od zaraz zaczynają się problemy - częściej niż gitara w użyciu będą więc colty. Tym co wyróżnia film jest ciekawa kolorystyka (bardzo bardzo jaskrawa i wyrazista) oraz niezłe widoczki - lokacja do kręcenia bardzo zacna. Do gry aktorskiej przyczepić się nie mogę, choć czasami jest zbyt przesadzona - ale ponownie - tak widocznie miało być, bo to taki film. Koniec końców - obejrzeć można, choć wzruszenie nam głosu przy oglądaniu nie odbierze ;-). Pozycja 105/269.                
|