| Autor |
Wyślij |
|
|
#226 śro paź 14, 2009 12:21 pm
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
|
|
|
|
#227 Pią paź 16, 2009 2:37 am
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
|
Nr 271/1001  Seven Brides For Seven Brothers (1954), USA, reż. Stanley Donen Muzykal. Ale zawiodłem się, bo słaby. I nudny. Choć temat wydawałoby się dość obiecujący. Dziki Zachód, rok 1850, na ranchu w środku dziczy mieszka sobie 7 braci. I jak to w gospodarstwie bez żeńskiej ręki bywa - chlew, bród i syf  . Najstarszy brat wyjeżdża więc do miasteczka by znaleźć sobie żonę (i przy okazji kucharkę, praczkę, sprzątaczkę itd. - film nie bawi się w głupie feministyczne bzdury i jasno stawia sprawę, gdzie jest miejsce kobiety ;-)). I oczywiście - znajduje ją od razu, gdyż lokalna piękność zakochuje się w nim od pierwszego wejrzenia i po 5 minutach znajomości biorą ślub. Teraz trzeba jeszcze znaleźć żony dla pozostałych braci, najlepiej metodą starożytnych Rzymian (porwanie Sabinek). To wszystko okraszone mnóstwem śpiewania (beznadziejnego, jakieś takie pseudooperowe, bolesne dla uszu) i tańca - tu już lepiej, choreografie są znakomite, zwłaszcza scena wiejskiej potańcówki. Dziewczyny na dodatek ładne i czasem w samej bieliźnie (!) (ale za mało na ekranie, a za dużo brzydkich braci! :-)Niemniej jednak wszystko to jakoś nie trzyma się kupy i nie dostarczyło mi oczekiwanej rozrywki. A szkoda. Pozycja 120/271.              
|
|
|
#228 Pią paź 16, 2009 12:46 pm
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
|
Nr 272/1001  Les Diaboliques (1954), Francja, reż. Henri-Georges Clouzot Francuski kryminał/obyczaj/thriller. Spodziewałem się najgorszego, zwłaszcza że pierwsze 30 minut (z 2godzinnego filmu) nastawiło mnie do filmu bardzo negatywnie. Ale potem akcja się rozkręciła i nie wiedząc kiedy obejrzałem całość  . Gdzieś na francuskiej wsi jest sobie szkoła, prowadzona przez despotycznego dyrektora, który przy okazji bije i znęca się nad dwoma nauczycielkami (jedna żona, druga kochanka). Obie kobiety postanawiają więc wykończyć drania. Planują morderstwo doskonałe, które oczywiście nie idzie tak jak powinno. I wszystko zaczyna się dość szybko komplikować i w to sposób, jakiego się nie spodziewałem, pod koniec robi się wręcz horrorowato, więc udało się filmowi mnie zaintrygować  . Zakończenie dobre, choć film trochę oszukuje żeby do niego doprowadzić, ale można na to przymknąć oko. Mimo wszystko polecić mogę tylko osobom bez alergii na język francuski i dziwne francuskie dialogi obyczajowe ;-). Aha - z tego filmu twórcy Colombo ukradli pomysł - gliniarz jest wypisz wymaluj jego wzorcem! Pozycja 159/272.            
|
|
|
#229 Pon paź 19, 2009 12:44 am
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
|
Nr 273/1001  Animal Farm (1954), Wielka Brytania, reż. Joy Batchelor, John Halas Animacja na podstawie powieści Georga Orwella - streszczać nie będę, bo każdy wie o co biega. Ale coś autorzy nie mogli się zdecydować, do kogo to ma być skierowane. No bo z jednej strony temat poważny, rysunkowa i symboliczna rekreacja bolszewickiej rewolucji, z dużą ilością przemocy,śmierci, zdrady, obłudy, czystego świnstwa (w wykonaniu świń!), czyli zdecydowanie temat nie dla dzieci. Ale z drugiej dostajemy bzdurne wstawki typowe dla disneyowej bajeczki dla najmłodszych - jakaś kaczuszka przewraca się na schodach, biega pociesznie z sierpkiem w dziobku itp. - nijak się to ma do poważnego filmu i dorosłego to tylko zdenerwuje. Ja się klasyfikuję gdzieś pośrodku tej skali, ale też do mnie nie przemawiały te obrazki  . Grafika w miarę poprawna, najlepiej wyszła animacja konika, cała reszta znośna i zapewne dużo lepsza od Reksiów i innych Bolków i Lolków  . Do obejrzenia tylko dla koneserów tudzież miłośników totalitarnych klimatów Orwellowskich. Pozycja 153/273.            
|
|
|
#230 Czw paź 22, 2009 2:53 am
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
|
|
|
|
#231 Czw paź 22, 2009 11:39 am
|
|
Użytkownik
Dołączył: Maj 2008
Posty: 416
Skąd: Stolica
|
JRK napisał(a) Rear Window (1954), USA, reż. Alfred Hitchcock Jak do tej pory najlepszy film Alfreda 
Lepszego raczej już nie będzie  jak dla mnie mistrzostwo świata, jeden z niewielu filmów, które spełniają obietnice trzymania w napięciu do samego końca. Tylko nie oglądajcie remaku z Christopherem Reeve. JRK napisał(a) Les Diaboliques (1954), Francja, reż. Henri-Georges Clouzot
Tego nie widziałem, ale za to mam za sobą wersję "odnowioną". Z Sharon Stone w roli głównej. Straszna lipa IMHO. Bardzo naciągany, z kiepską kreacją Isabelle Adjani. JRK napisał(a) Animal Farm (1954), Wielka Brytania, reż. Joy Batchelor, John Halas
Mi się wydaje, czy zjechałeś film mojego dzieciństwa?  Ale rzeczywiście, zgadzam się. Nie wiadomo dla kogo zrobiony, z pewnymi zmianami w stosunku do książki (przede wszystkim zmodyfikowali zakończenie). Niedawno czytałem, że CIA finansowało tą ekranizację  . I btw. Co za tragiczną okładkę wybrałeś. Krówka, konik i osioł zupełnie nie przypominają swoich filmowych wersji  _______________ We saw the shadows of the morning light The shadows of the evening sun Until the shadows and the light were one
|
|
|
#232 Pią paź 30, 2009 10:34 pm
|
|
Użytkownik
Dołączył: Maj 2008
Posty: 66
|
|
|
|
#233 śro lis 04, 2009 1:51 pm
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
|
Nr 275/1001  A Star is Born (1964), USA, reż. George Cukor Aaaaargh. Dawno się tak nie wynudziłem. Draństwo trwa bite 3 godziny, a dziać nie dzieje się prawie nic. Całą historię dałoby się opowiedzieć w 20 minut. I na dodatek śpiewają. I to niefajnie. Porażka na całej linii. Judy Garland wygląda źle, staro i niezbyt atrakcyjnie - przykra sprawa, ale prawdziwa. Gra piosenkarkę, która zostaje pewnego dnia odkryta przez staczającą się w alkoholizm gwiazdę filmową. Gwiazda zakochuje się z wzajemnością, pomaga Judy dojść na szczyty kariery, ale że sam przy okazji się stacza, więc małżeństwo im tak średnio się układa. Nuuuuudy nudy nudy - i tak przez trzy godziny. Mam nadzieję, że szybko o tym filmie zapomnę. Ale 3 godziny z życia mi ukradł nieodwracalnie! Pozycja 208/275.              
|
|
|
#234 Sob lis 28, 2009 3:15 am
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
|
Nr 276/1001  The Barefoot Contessa (1954), USA+Włochy, reż. Joseph L.Mankiewicz Znów zrobiła mi się spora przerwa w oglądaniu, ale winię napięty harmonogram wydawniczy nowości erpegowych ;-). W końcu się jednak przemogłem i Contessę obejrzałem. I nie było warto. Bogart jest spoko, choć w roli nie-przygodowej nie może się do końca wykazać - gra podstarzałego reżysera filmowego. Ale główną rolę gra mimo wszystko Ava Gardner. Film dość nowatorski ze względu na sposób zaprezentowania akcji - zaczyna się na pogrzebie tytułowej bohaterki, a o jej życiu w retrospekcjach opowiada na przemian kilku uczestników pochówku - jedną scenkę obejrzymy sobie nawet dwukrotnie - z różnych perspektyw - zabieg a i owszem ciekawy, ale nie mogący uratować tego filmu. W każdym razie - Ava jest hiszpańską tancerką, która zostaje odkryta, wywieziona do Hollywood, gdzie zostaje z miejsca okrzyknięta gwiazdą. I mimo że profesjonalnie radzi sobie doskonale, to życie prywatne układa jej się do kitu. Tyle że niezbyt ciekawie to wszystko się kręci. Głównie wszyscy gadają i gadają. I to dość nieżyciowo, używając miliona porównań, udziwnień i takich tam. Całość jest zresztą jakoś mało życiowa i naciagana. A już zupełnie dobił mnie ostatni cios, który pada na biedną Avę. Uwaga spoiler: No ROTFL całkowity. Ale poza tym jednym momentem wybuchu śmiechu pozostałe uczucia jakie mi przy filmie towarzyszyły to nuda nuda nuda. Pozycja 200/276.            
|
|
|
#235 Nie lis 29, 2009 2:06 am
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
|
Nr 277/1001  La Strada (1954), Włochy, reż. Federico Fellini Spodziewałem się najgorszego, a dostałem w miarę znośny dramat. Mimo że włoski, ale jednak strawialny. Huh. Anthony Quinn gra cyrkowca - siłacza jeżdżącego po Włoszech rozklekotanym motorem z przybudówką w której śpi i pokazującego po wioskach swój numer (głupi i wyjątkowo nie śmieszny, który jednakże wszystkich rozbawia do rozpuku. huh). Jako asystentkę (i kucharkę, kochankę [oficjalnie nazywa ją żoną żeby ludzi nie gorszyć], obiekt do bicia i poniewierania) bierze przygłupią dziewczynę, którą odkupuje od jej matki. Dziewczyna jest poczciwa, ale upośledzona, nie bardzo czai co się wokół niej dzieje. Ale mimo że podle traktowana, zdaje się kochać Quinna. Na którym to wrażenia nie robi, dalej ją pierze, porzuca na ulicy, żeby zabawiać się z przypadkowymi kobietami itd. I tak jeżdżą sobie bez celu, pokazują swój numer, aż do tragicznego finału. Jakiego złośliwie nie zdradzę, bo film mimo wszystko można obejrzeć. Anthony Quinn gra swoją rolę rewelacyjnie, aż ciężko uwierzyć, że naprawdę nie był takim gburem i prostakiem  . Dziewczyna (prywatnie żona Felliniego) też jest dobra - niesamowite sztuczki robi z twarzą - coś w stylu Chaplina. Ciekawie ogląda się też krajobraz powojennych Włoch - mimo że w większości to obraz nędzy i rozpaczy  . Polecić nie polecę, ale odradzać stanowczo też nie będę. Pozycja 124/277.          
|
|
|
#236 Pon lis 30, 2009 12:35 am
|
|
Użytkownik
Dołączył: Maj 2008
Posty: 416
Skąd: Stolica
|
JRK napisał(a) reż. Federico Fellini (...) Anthony Quinn (...) Spodziewałem się najgorszego
Nie mamy o czym gadać Dżeju  Co do twej listy, sobie niedawno odświeżyłem kilka filmów z Bogartem. Końcowe wnioski: Sokół Maltański>Casablanca>Skarb Sierra Madre Ogólnie wszystkie znakomite  _______________ We saw the shadows of the morning light The shadows of the evening sun Until the shadows and the light were one
|
|
|
#237 Sob gru 05, 2009 8:15 am
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
|
Na swoją obronę mam to, że to był pierwszy film Felliniego na liście, a wcześniej jakoś się na niego nie napatoczyłem - a kino włoskie póki co w książce więcej gniotów niż dobrych filmów zaprezentowało. No i ja się dopiero dokształcam, trochę wyrozumiałości ;-).
|
|
|
#238 Pią gru 11, 2009 11:52 am
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
|
Nr 278/1001  Shichinin No Samurai (1954), Japonia, reż. Akira Kurosawa Przyznaję się bez bicia, że oglądałem ten film po raz pierwszy. I bawiłem się świetnie, mimo że trwa ponad 3,5 godziny. Ale ani przez minutkę tego czasu się nie nudziłem. Fabuła: Japonia, XVI wiek, mała wioska jest corocznie łupiona przez bandytów - wieśniacy postanawiają więc wynająć do obrony tytułowych siedmu samurajów. Każdy z nich jest indywidualnością i każdego można łatwo odróżnić (co w filmach z azjatyckimi aktorami dla mnie jest dużym plusem i niezbyt częstym wyczynem). Pierwsza godzina filmu do rekrutacja, druga przygotowania do obrony wioski i wreszcie ostatnia - wojna z bandytami. Film bardzo fajny, niezłe zdjęcia, aktorzy też znakomici (ci wieśniacy to po prostu obraz nędzy i rozpaczy, aż się nie chce wierzyć że to aktorzy a nie jakaś biedota zagoniona na plan), dobre kino akcji. Jest też sporo emocji, gdzieś tam się upchał nawet wątek miłosny. Momentami gra aktorska jest nieco przesadzona, niektórzy bohaterowie zachowują się jak z ADHD, ale w języku japońskim jakoś to tak pasuje, więc mi nie przeszkadzało :-). Pozycja 10/278.               « Ostatnia zmiana: JRK, Pią gru 11, 2009 5:31 pm. »
|
|
|
#239 Wto gru 15, 2009 12:37 am
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
|
Nr 279/1001  Senso (1954), Włochy, reż. Luchino Visconti Melodramat. I to taki pełną parą, z zupełnie nierealnymi dialogami przepałnionymi namiętnością, gorącą miłością, szaleństwem i tego typu atrakcjami. Słowem - niemal niestrawialny. Jedyne co nieco film ratuje jest umiejscowienie akcji - Włochy w roku 1866, wybuch wojny wyzwoleńczej z Austrią. Nie przypominam sobie innego filmu który działby się w tym czasie tak na szybko. Zobaczymy też trochę scenek półbatalistycznych z przebierańcami z tamtego okresu (całkiem fajne mundury), Wenecję, Veronę, jakieś włoskie wioski i pola - a wszystko w kolorze, więc zupełnej straty czasu przy oglądaniu nie ma. Włoska kontessa zaangażowana w podziemny ruch wyzwoleńczy zakochuje się w przystojnym austriackim oficerze. Traci dla niego głowę, serce, kasę, zdradza męża i ideały. Ach, miłość, a jako że melodramat, wiadomo że coś takiego skończyć się dobrze nie może. Wynudziłem się, ale nie jakoś śmiertelnie, czy z cierpieniem, ot udało mi się w połowie filmu dwa razy przysnąć. Pozycja 154/279.            
|
|
|
#240 Wto gru 15, 2009 2:24 am
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
|
Nr 280/1001  Silver Lode (1954), USA, reż. Allan Dwan Western. Taki sobie. Do miasteczka przybywa US Marshall z nakazem aresztowania za mord. Podejrzany jest właśnie w połowie własnej ceremonii ślubnej. Początkowo całe miasteczko staje murem za swoim współmieszkańcem, ale dość szybko obraca się przeciw niemu. Czy podejrzany jest faktycznie niewinny i czy uda mu się swą niewinność udowodnić zanim zostanie zlinczowany? Czy niedoszła żona wytrwa przy nim, czy też była ukochana, a obecnie dziewczyna z saloonu wspomoże go? Te i podobne problemy dominują, ale na szczęście jest też trochę uczciwego strzelania - niezbyt wciągającego, to fakt, ale za to technicznie bardzo ładnie rozplanowanego - nasz bohater biegnie przez pół miasteczka ostrzeliwując się, mijając dom za domem, a wszystko to w jednym długim ujęciu kamery z całą masą strzałów i osób pościgu - zapewne nie było to łatwe wyzwanie dla kamerzysty i reżysera. Niemniej jednak - bohater ani antybohater nie wzbudzili mojej sympatii, obie ukochane jakieś takie niepociągające, a kolory domalowane w technicolorze trochę kłuły w oczy. Jak napisałem na wstępie - takie tam sobie. Pozycja 151/280.          
|