Forum JRK's RPGs

Encyklopedia galaktyczna gier cRPG

1001 movies you must see before you die!

Strona: « < ... 13 14 15 16 17 18 19 20 21 ... > »

Autor Wyślij
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
Nr 281/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
Carmen Jones (1954), USA, reż. Otto Preminger

Rasistowska wersja opery Carmen. Osadzona w czasach IIWŚ w USA - w środowisku wojskowo-bokserowym zamiast na hiszpańskich corridach. A czemu rasistowska? Bo wszyscy aktorzy są czarnoskórzy. Nawet gdy bohaterowie przyjeżdżają do Chicago i chodzą po ulicach - sama czerń. Jeśli to nie jest rasizm, to ja nie wiem co nim jest. W każdym razie - film pół gadany, pół śpiewany, obie części wypadają słabo, choć piosenki wręcz tragicznie. Poza kilkoma znanymi (zabiłem byka, cóż to dla mnie byk, krew z byka sika sikusikusik), tyle że przerobionymi na realia filmu (czyli np. "I is your maw" ("jestem twoją mamą", nie żartuję, tak w tym filmie gadają)) cała reszta to takie pseudo-operowe zawodzenia - czyli aktor ma jakiś tekst do przekazania, ale zamiast go powiedzieć wyśpiewuje. Argh. Na dodatek głosy nijak nie pasują do śpiewających (no, w kilku przypadkach), bo były pokładane. Opowiastka też raczej nudna, choć tu już wina twórcy opery - wynudziłem się niesamowicie. I is very sad. Pozycja 211/281.
Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
Nr 282/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
Sansho Dayu (1954), Japonia, reż. Kenji Mizoguchi

Japoński dramat. I to pełną gębą - tyle nieszczęść, co na głównego bohatera spada, to mało kiedy się w filmie ogląda :). A ponieważ to kino japońskie, to i na hollywoodzki happy end nie można się nastawiać, tylko zęby zaciskać, łzy chusteczką ocierać i modlić się, żeby cokolwiek dobrego z tego wyszło. Japonia, dawne czasy, kraj nękany przez bandytów, łowców niewolników i takie tam atrakcje. Dwójka dzieci z bogatego domu zostaje rozdzielona z rodzicami (mamusia trafia do burdelu, ojciec gdzieś na drugim końcu świata) i sprzedana jako niewolnicy tytułowemu mistrzowi Sansho. I tak gniją w tej niewoli przez kilkanaście lat, cierpiąc i wzdychając do lepszych czasów. Ogląda się to mimo moich obaw całkiem spoko, może przez ciekawe umiejscowienie akcji i egzotyczne klimaty. Ale kac moralny po obejrzeniu pozostaje :). Pozycja 129/282.
Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
Nr 283/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
Salt of The Earth (1954), USA, reż. Herbert J. Biberman

Ostatni film z roku 1954, który ciągnął mi się w tym oglądaniu przez 3 miesiące (rok, nie ten film). Kino niezależne, na dodatek komunistyczne. Zbanowany przez modów (;-)) w kinach USA na 10 lat, cała obsada też z czarnej antykomunistycznej listy. Film opowiada o strajku w kopalni i jest tak lewicowy i propagandowy, jak to tylko możliwe. Dzielni górnicy bronią swych racji domagając się lepszych warunków pracy, źli kapitalistyczni właściciele nasyłają na nich skorumpowaną policję rozjeżdżającą ich samochodami, atakującą gazem łzawiącym, aresztującą bez powodu i pokątnie bijącą. Ale górnicy się nie poddają, do strajku dołączają się też kobiety - pojawia się dość rozbudowany wątek feministyczny. Co ciekawe - strajk w filmie trwa prawie rok - pikietują i biedują przez te 10 miesięcy z hakiem... Wbrew pozorom nie ogląda się tego tak tragicznie jakby się mogło wydawać, bo mimo wszystko zrobiony jest jak należy - kawałek dobrego propagandowego materiału ;-) choć polecić oczywiście nie ma mowy żebym to komukolwiek polecił - może poza prześladowanymi górnikami coby zobaczyli jak się to robiło po amerykańsku ;-). Pozycja 161/283.
Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
Nr 284/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
Artists and Models (1955), USA, reż. Frank Tashlin

Komedia/muzykal. Ale śpiewania i tańczenia zbyt wiele nie ma, więcej komedii. I to z gatunku takiej zwariowanej. Z gościem robiącym durnowate miny i zachowującym się jak (jak sam o sobie mówi) upośledzony umysłowo. Czyli mozna taki typ humoru albo kochac albo nienawidzic. Mi akurat podpasowalo ;-). Dwóch głównych aktorów, Dean Martin i Jerry Lewis to podobno dość znany duet komediowy (w życiu o nich wcześniej nie słyszałem), mi jednak w oko wpadła głównie inna znajoma twarz - Shirley MacLaine. Fabuła: hmm jaka tam była fabuła :), ach tak - dwóch niespełnionych artystów spotyka dwie spełnione, całość obraca się wokół komiksów o kobiecie-nietoperzu, gdzieś pod koniec filmu nagle pojawiają się też rakiety, ruscy szpiedzy i gość w przebraniu wielkiej myszy - słowem jest dość zwariowanie. Ale ogląda się znakomicie - zdaje się też, że delikatnie zaczęła popuszczać cenzura w kinie amerykańskim, bo znów dostajemy całą masę nóg na ekranie - jeee. I jako bonusik - w jednej scenie głos podkładam James Stewart (albo ktoś genialnie naśladujący jego głos), parodiując swoją rolę z Rear Window. Dla miłośników głupkowatego humoru -polecam :). Pozycja 30/284.
http://www.youtube.com/watch?v=RgU_FlyBbl4 - jedna z lepszych scenek, skoczcie tylko od razu do 01:30, wtedy się zaczyna durnota :)
Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
Nr 285/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
Guys and Dolls (1955), USA, reż. Joseph L. Mankiewicz

I jeszcze jedna muzykalowa komedia. Tym razem z takimi asami w rękawie w postaci obsady jak Marlon Brando, Frank Sinatra i Jean Simmons. Trwa toto 2,5 godziny ale prawie tego upływu czasu nie zauważyłem. Albowiem było fajne :). Śpiewanie i tańczenie nie zakłóca zbytnio fabuły - a ta opowiada o perypetich hazardzistów z Nowego Jorku. Zatwardziały hazardzista (Brando) przyjmuje zakład, że umówi się na randkę (w dużym skrócie) z dziewczyną z misji anty-hazardowej. I jak się nietrudno domyślić oboje się w sobie zakochują. To tylko jeden z wątków, równolegle leci ten o Sinatrze, który szuka lokalu na szulernię i miga się od ślubu ze swoją od 14 lat narzeczoną, w którymś momencie zakochani ląduję nawet na Kubie. Całość jest bardzo pogodna i nierealna, problemy bohaterów są śmieszne i potraktowane z humorem - ot taka rozśpiewana i roztańczona odskocznia od codziennego życia. A jedna albo i dwie piosenki nawet wpadają w ucho! Pozycja 31/285.
Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
Nr 286/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
Pather Panchali (1955), Indie, reż. Satyajit Ray

Indie produkują rokrocznie najwięcej filmów na świecie. Nie wiem czy taka sytuacja miała już miejsce w latach 50, ale jeśli ten film jest najlepszym, co Bollywood (wiem wiem, wtedy zapewne go jeszcze nie było) ma do zaoferowania, to nie żałuję, że prawie tego kina nie znam. Film opowiada o życiu pewnej ubogiej bengalskiej rodzinki gdzieś po drugiej wojnie światowej. Ale gdyby nie jedna scenka z pociągiem, równie dobrze mogłaby się dziać 500 lat temu - mieszkają w lepiankach w dżungli, zero nowoczesności, jedyne jej przebłyski to okulary i parasol. Rodzince powodzi się źle i wraz z nią przeżywamy mniejsze i większe tragedie, głównie jednak skupiając się na celebracji dnia codziennego. I o ile dla mnie jako dla widza nieznającego tych realiów momentami było to interesujące (popatrzeć jak się ubierają, jak bawią, jak traktują koty, gdzie trzymają pieniądze chodząc w szmatach [zawiązują w supełki w którymś kącie]), to i tak nie jest to zdecydowanie kino akcji i spora dawka nudy jest wliczona w koszty seansu (latającą nad kwiatkiem ważkę oglądamy chyba bite 3 minuty). Słowem - tylko dla miłośników hinduskiej kultury tudzież osób napawających się nieszczęściem innych. Pozycja 158/286.
Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
« Ostatnia zmiana: JRK, 08 sty 2010, 0:25. »
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
Nr 287/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
Bad Day at Black Rock (1955), USA, reż. John Sturges

Niby western, niby kryminał. Tuż po IIŚW do zapyziałego miasteczka gdzieś pośrodku pustkowi zachodniego USA przybywa tajemniczy nieznajomy. Nikt nie wie czego chce, ale od razu widać że nie jest mile widziany. A kiedy zdradza, że przyjechał zobaczyć się z mieszkającym w okolicy zamerykanizowanym Japończykiem, wrogość mieszkańców staje się bardziej niż oczywista. Jaki sekret kryje to miasteczko? Czego chce nieznajomy? I jak to się wszystko skończy? O tym opowiada ten filmik :). W roli głównej starszawy już nieco Spencer Tracy, z jakiegoś powodu jego bohater ma tylko jedną rękę (podobno tym wyzwaniem aktorskim skusili Spencera do zagrania i ta nieszczęsna ręka została dopisana w ostatnim momencie na siłę). Mieszkańcy miasteczka to sama śmietanka filmowego westernu - kilka buziek rozpoznałem, wśród nich najbardziej znana to Ernest Borgnine.

A teraz uwaga - zmiana systemu oceniania filmów. Gubię się już w tych 300 obejrzanych tytułach, nie ma mowy żebym uczciwe plasował fim na danej pozycji, od jakiegoś czasu robiłem to już na oko ;-). Więc od teraz przechodzimy na stronkow system ocen od 1-5/5. 1 = dno; 2= ogląda się w bólach; 3 = da radę; 4 = spoko, 5 = mniam mniam.

I tenże oto film dostaje 3/5, bo zaciekawiło mnie, jakie będzie rozwiązanie zagadki miasteczka i nawet kiedy już ją poznałem chciałem wiedzieć jak ta historia się zakończy. Ale ponownego oglądania filmu już nie planuję.
Obraz wysłany przez użytkownika
Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
« Ostatnia zmiana: JRK, 12 sty 2010, 23:53. »
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
Nr 288/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
Les Maitres Fous (1955), Francja, reż. Jean Rouch

Takie dziwne coś. Reżyser był etnografem pracującym po IIWŚ w zachodniej Afryce i został zaproszony na coroczny religijny rytuał przez jedną z tubylczych sekt, coby tenże rytuał nagrać. A jest na co popatrzeć, bo uczestnicy rytuału, to banda debili. Rytuał polega na tym, że opętują ich duchy (póki jest co jest ok, ale...) ich duchy angielskich kolonistów. I tak jeden zmienia się w generała, drugi w gubernatora, następny w jego żonę, inny w jeszcze inną postać. Wyją potępieńczo, przypalają się pochodniami, toczą pianę z ust, zabijają pieska, chłepczą jego krew, a potem go gotują i biją o to, kto będzie jadł pyszczek, a kto uszki (i mniej więcej to na filmie wszystko widać). Jest to wszystko dość... interesujące.... nazwijmy to. Pokazuje, że debilizm ludzki nie zna jednak granic. I sekty które chcą od nas tylko wyłudzić nasze pieniądze to w sumie nic strasznego w porównaniu z tym. Film szczęśliwie trwa zaledwie pół godzinki, ale to bardziej dokument niż coś innego. Daję mu 3/5, bo znudzić się nie zdąży dzięki temu, a co miał przekazać przekazuje ;-). Ale z tego co wyczytałem w necie, film cieszy się kultowym uwielbieniem i jest stawiany w samej czołówce kinematografii światowej. Bez przesady... Aha - całość można bez problemu znaleźć w 3 odcinkach na youtube, jak ktoś się zaintrygował, niech od razu zacznie od połowy drugiego odcinka, wtedy zaczynają się najdziksze jazdy.
Obraz wysłany przez użytkownika
Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
Nr 289/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
Hill 24 Doesn't Answer (1955), Izrael, reż. Thorold Dickinson

Kino izraelskie jest mi zupełnie nieznane, a co dopiero mówić o powojennym kinie dopiero co utworzonego państwa Izrael. Tak prawdę mówiąc, to jestem nieco na bakier z tym momentem historii i nie do końca kojarzyłem (przy okazji oglądania tego filmu wiedzę tę sobie nadrobiłem) okoliczności utworzenia Izraela. A są one całkiem ciekawe - nie jest tak różowo, jak by się wydawało :). W dużym skrócie - teren dzisiejszego Izraela zamieszkiwali Arabowie, znajdował się pod okupacją brytyjską, po zakończeniu wojny żydzi zaczęli nielegalnie przybywać na te tereny, Anglicy ich ścigali, aresztowali, żydzi prowadzili walkę partyzancką przeciw nim i ataki terrorystyczne na hotele i takie tam. W końcu ONZ zgodziło się na negocjacje i w 48 roku brytyjczycy się wycofali, dzieląc Palestynę na tereny izraelskie i arabskie. Ale zanim do tego doszło, miały miejsce gwałtowne walki w Jerozolimie, interweniowały również sąsiednie arabskie kraje, w tym Egipt. W końcu ONZ wyznaczyło ostateczne granice, choć jak wiemy z późniejszych wydarzeń takie ostateczne to one do dziś nie są. Ale może przejdę w końcu do filmu, choć otoczka historyczna w nim najciekawsza ;-). Tuż przed ostatecznym ustaleniem przez ONZ granicy czwórtka ochotników wyrusza by zająć Wzgórze 24 pod Jerozolimą, aby następnego dnia zostało przyznane Izraelowi. Film wita nas pokazaniem nam zwłok tych 4 postaci zalegających wzgórze, po czym przenosimy się w czasie by poznać ich historie i motywy podjęcia się tej misji. I tak dostajemy 3 oddzielnie historie, z których zbudowany jest film - o Irlandzczyku z brytyjskiej armii okupującej który zakochuje się w żydówce (śliiiiczna i to jedyny plus tej romantycznej historii, reszta to nuda), Amerykaninie który przyjeżdża w celach turystycznych a trafia w sam środek wojny do której się przyłącza i też zakochuje w pielęgniarce (4y truposz ze wzgórza) - ta historia jest w założeniach fajna, bo pokazuje atak na Jerozolimę, kręcony w historycznych lokacjach, ale co z tego skoro w nocy, więc nawet jeśli akcja była bardziej emocjonująca niż w Szeregowcu Rayanie, to i tak nic nie widziałem poza rozbłyskami; i w końcu najbardziej wizualnie ciekawa historyjka - o polskim żydzie (kilku innych z Polski też się przez film przewija), który walczy na pustynii z armią egipską - są czołgi, samoloty, ostrzał artyleryjski, snajperzy, wybuchy, nawet jakieś niedobitki nazistów atakują (skąd w Egipcie goście ze swastykami? ale ok, tak jest bardziej nastrojowo ;-)) a wszystko to w pełnym słońcu pustynii więc widoczność satysfakcjonująca. Jak to się kończy?

Się o filmie rozpisałem, a teraz niepodzianka: ocena 2/5. :) Bo wątek romantyczny (poza śliczną miss Izraela) nuda, zdobywanie Jerozolimy to pół godziny ciemnicy, a walka pustynna nie ratuje jednak całości - tyle co ciekawe tło historyczne, które mnie zainspirowało do pogrzebania w temacie. Film doczekał się zresztą po kilkudziesięciu latach remaku, który zapewne wizualnie jest lepszy...
Obraz wysłany przez użytkownika
Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
Nr 290/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
The Ladykillers (1955), Wielka Brytania, reż. Alexander Mackendrick

Brytyjska komedia, w roli głównej Alec Guiness i znany z Różowej Pantery, tyle że ciut młodszy Peter Sellers. I oczywiście tytuła Lady - 75-letnia babuleńka, która nakręca cały ten film. Ostatnio wyszedł remake z Tomem Hankiem w roli głównej, ale nie widziałem więc nie mogę porównać. Fabuła: 5 bandziorów planuje skok na wielką kasę, do pomocy wciągają (nieświadomą niczego) babuleńkę. I wszystko byłoby cacy, gdyby babcia nie była demonem zniszczenia :). Swoim gadaniem i całym zachowaniem niszczy cały ich plan, jest zresztą postrachem całej okolicy. Pozostaje więc tylko jedno wyjście - babcię trzeba zlikwidować :). Jest to czarny humor, taki jaki mi odpowiada, choć niektóre numery troszkę się już przeterminowały. Niemniej jednak, ogląda się całkiem przyjemnie i zasłużoną 4/5 wystawić mogę.
Obraz wysłany przez użytkownika
Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
Nr 291/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
Marty (1955), USA, reż. Delbert Mann

Prosta opowiastka o 30+ letnim niezbyt urodziwym facecie (Ernest Borgnine), który mieszka z matką i marzy o miłości, ale dziewczyny go z powodu braku urody nie chcą. W końcu jednak poznaje przeciętną dziewczynę (choć w filmie wszyscy usiłują nam wmówić, że jest pieruńsko brzydka, używając powszechnie w stosunku do niej określenia 'dog' (pies) [mimo wszystko dzisiejsze okreslenia typu pokemon jakas taka nutke sentymentu zawieraja wieksza]). I... i w zasadzie tyle :). To cały film. Cała akcja to raptem 2 dni, głównie przegadane, nic wielkiego się nie dzieje, ot facet poznaje dziewczynę i gadają. A mimo to film dostał kilka Oscarów, w tym te najważniejsze. Nie oglądało mi się tego fatalnie, w zasadzie nawet nie zauważyłem jak przeleciał, ale zachwycać się też nie było czym. Cóż. Daję 3-. Z litości ;-).
Obraz wysłany przez użytkownika
Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
Nr 292/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
Ordet (1955), Dania, reż. Carl Theodor Dreyer

O ile mi coś nie umknęło, pierwsza duńska produkcja na liście. Film nazwijmy to... dziwny. Rok 1925, duńska farma zamieszkała przez starego ojca i trzech synów - jeden żonaty z dwoma córkami, jednemu odbiła szajba i myśli że jest Jezusem (zwariował studiując teologię). Cały film zresztą kręci się wokół tematów religijnych - wioska w której wszyscy żyją podzielona jest na dwa wrogie sobie obozy protestanckie, każdy uznający drugą grupę za heretyków i przekonani, że ci drudzy pójdą prosto do piekła. W to wszystko wrzucane są coraz to nowe utrudnienia - a to dzieciaki ze zwaśnionych stron zakochują się w sobie, a to pojawia się ciężka choroba, ktoś umiera, wariat twierdzi, że wszysko ok, bo on jako Jezus potrafi wskrzeszać itd. Mimo tego dziwnego klimatu, oglądnąłem to jednym ciągiem (plus czas trwania to ponad 2 godziny) - ostatnie 45 robi się nawet trochę taki horroro-thriller, a zakończenie mocno łapie za gardło (o ile się nie oglądało kadrów z książki 1001 filmów, która po raz kolejny daje okrutnego spoilera, ech).
Spoiler:

Moja ocena: 2 z dużym plusem, ale na 3, czyli film przeciętny, trochę zabrakło.
Obraz wysłany przez użytkownika
Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
Nr 293/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
Bob Le Flambeur (1955), Francja, reż. Jean-Pierre Melville

Kino gangsterskie. Ale takie po francusku. Już się tłumaczę :). Bob hazardzista to podstarzały ex-przestępca, który brzydzi się przemocą. Po odsiedzeniu kary za skok na bank roztrwania resztki życia i majątku uprawiając hazard. Ale stare nawyki nie pozwalają o sobie zapomnieć i postanawia zorganizować jeszcze jeden skok na wielką kasę - na kasyno. I w zasadzie cały film to przygotowania, cały skok trwa w filmie może jakąś minutkę :). I wiadomo, nic nie pójdzie tak jak było zaplanowane, cały czas pojawiają się nowe trudności, choć film czasami zaskakuje - spodziewamy się jakiegoś oklepanego zagrania (ooo, ktoś postronny dowiedział się o skoku, zaraz doniesie policji, a oni nic nie będą wiedzieli...) a tu kupa ;-). Zakończenie troszkę też zaskakuje, bo...

Mimo to film nie wzbudziłby mojego większego zainteresowania, gdyby nie... pointless boobies!!! Są, w końcu wróciły po tylu latach cenzury.... choć chwila, we Francji ona nigdy nie obowiązywała :(( czyli w filmach h-amerykańskich nadal nie ma na co liczyć. No nic - boobies są na ekranie dwa razy, za każdym razem przez pół sekundy (com ja się musiał namęczyć żeby ten jeden kadr akurat złapać na screenie, doceńcie moje poświęcenie). I za każdym razem u tej samej bohaterki - niesamowicie puszczalskiej na marginesie, ach ta Francja. Już po obejrzeniu filmu doczytałem na imdb, że owa aktorka miała wówczas... 16 lat... albo imdb kłamie, albo nastolatki we Francji dojrzewają bardzo szybko... W każdym razie - film na 2/5, za goliznę pół punkciku więcej (trzeba doceniać eeee dobre kino!).
Obraz wysłany przez użytkownika
Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
Nr 294/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
Kiss Me Deadly (1955), USA, reż. Robert Aldrich

Czarny kryminał, który wciągnął mnie już od pierwszych scen. Zaczyna się bowiem od bosej kobiety biegnącej przez noc po drodze. Zatrzymuje przypadkowy samochód niemal rzucając mu się pod koła. W środku jedzie nasz główny bohater - prywatny detektyw, kawał sukinkota i drania. Wkrótce dziewczyna ginie, przed śmiercią wymawiając słowa "Remember Me". Nasz bohater zostaje wplątany w aferę, w której gra toczy się o najwyższą stawkę - walizę z tajemniczą zawartością (Pulp Fiction ściągało stąd jak nic ;-)). Nie wiadomo o co chodzi, ale akcja cały czas gna do przodu, nasz bohater bije się, jest bity, porywany, torturowany, on sam z kolei torturuje świadków (często gęsto niewinnych ludzi, ale jak wspominałem to sukinkot i prze do przodu po trupach). Ogląda się dobrze, choć zakończenie, kiedy w końcu wyjaśnia się co było w walizie, kto jest kim itd. jak na dzisiejsze standardy trochę naciągane i zupełnie nie trzymające się kupy, więc zamiast oglądać akcję z otwartą szczęką jedynie się obśmiałem.



Z ciekawostek - napisy początkowe lecą na wzór tych ze Star Wars, bohater ma też w domu automatyczną sekretarkę nagrywającą jego telefony - fajnie, nie wiedziałem że takie wynalazki już w roku 55 były. W każdym razie - mimo głupiego zakończenia, film oglądało się w miarę przyjemnie, akcja wciągała i chciałem się dowiedzieć o co chodzi. No i wredny antybohater był dość odświeżający :). 3/5
Obraz wysłany przez użytkownika
Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
« Ostatnia zmiana: JRK, 15 lut 2010, 11:58. »
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
Nr 295/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
The Man From Laramie (1955), USA, reż. Anthony Mann

Western z Jamesem Stewartem. Czyli można się było spodziewać dobrego kina. I rzeczywiście. Wszystko jest na miejscu: zapierające dech w piersiach krajobrazy (Technicolor miał swoje plusy), kowboje, bójki, strzelaniny, są nawet indianie. James Sterwart gra kapitana kawalerii, który przechodzi do cywila by znaleźć handlarza który sprzedał Apaczom (przy okazji, w USA wymawia się to apaczi, huh) strzelby, którymi to strzelbami następnie indianie zmasakrowali oddział wojskowy, w którym służył jego młodszy brat (chyba za dużo nie namieszałem w zdaniach podrzędnie złożonych?). Zanim jednak weźmie się na poważnie za dochodzenie wda się w konflikt z lokalnym rancherem, do którego należy niemal pół stanu. Gdzieś tam pałęta się też piękna kobieta (ale wepchnięta do fabuły raczej na siłę), lokalny szeryf, walka o prawa do spadku po rancherze i jakoś tak to wszystko łączy się w jak najbardziej strawialną westernową potrawę. Uczciwe 3/5.
Obraz wysłany przez użytkownika
Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika

Strona: « < ... 13 14 15 16 17 18 19 20 21 ... > »

Forum JRK's RPGs działa pod kontrolą UseBB 1