Forum JRK's RPGs

Encyklopedia galaktyczna gier cRPG

Forum JRK's RPGs » Varia » 1001 movies you must see before you die!

1001 movies you must see before you die!

Strona: « < ... 14 15 16 17 18 19 20 21 > »

Autor Wyślij
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
Nr 296/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
Rebel Without A Cause (1955), USA, reż. Nicholas Ray

Tytuł kojarzyłem, wiedziałem że James Dean i w zasadzie tyle. Trochę się obawiałem, ale na szczęście niepotrzebnie, bo okazało się kawałkiem dobrego kina. Opowiada o amerykańskiej młodzieży z połowy poprzedniego stulecia i nie jest to obraz zbyt optymistyczny - młodzieżowe gangi, bójki, kradzieże, alkoholizm i takie tam. James gra "nowego", który już w pierwszy dzień w nowej szkole pakuje się w kłopoty - zostaje obrany za cel akcji przez lokalną grupkę - prowokują go do bójki na noże, tną mu opony w samochodzie, zmuszają do wzięcia udziału w niebezpiecznych zawodach. Te zawody to jedna z bardziej znanych scen z historii kina - dwa kradzione samochody rozpędzają się i gnają ku przepaści, kto wyskoczy pierwszy zostaje tchórzem. Uroczo :). Oczywiście z perspektywy dzisiejszych gangów to tamte zdarzenia to niewinne wygłupy, również problemy które dotykają zbuntowanych młodocianych to śmiech na sali (dziewczyna ma problem z ojcem, bo on nie chce być przez nią na przywitanie całowany w policzki, a jeśli córka się zapomni, to leje ją za to w twarz - WTF?) (a ojciec drugiego jest pantoflarzem i to syna wprowadza w nastroje depresyjno-maniakalne - no bo jak to - ojciec usługujący matce?? dokąd zmierza ten świat???!!!). Mimo wszystko oglądało się super i gdyby nie dłużyzny w których nic się nie dzieje mniej więcej po środku film byłby naprawdę super. A tak - głównie dzięki trzymającemu w napięciu zakończeniu - mocna 4.
Obraz wysłany przez użytkownika

Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
Nr 297/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
The Phenix City Story (1955), USA, reż. Phil Karlson

Opary na faktach (i to świeżych, wydarzenia z filmu wciąż były na pierwszych stronach gazet w momencie jego premiery) film gangsterski. Phenix było w USA nazywane Sin City - Miasto Grzechu, tu od zawsze kwitł hazard i prostytucja. Film opowiada o tym, jak grupa mieszkańców postanowiła się przeciwstawić gangsterom i uporządkować miasto i o wojnie, jaką bandyci wydali wszystkim którzy się im przeciwstawiali. Film brutalny, co mnie dość zaskoczyło (zwłaszcza że nie miałem pojęcia o czym będzie ani jaki to typ), prawdopodobnie najbardziej brutalny film amerykański jaki się do '55 roku pojawił. Sporo trupów, morderstw, jest podpalanie samochodów, bicie przeciwników, bicie kobiet, rzucanie trupem małego murzyńskiego dziecka z pędzącego samochodu, rozjeżdżanie samochodem innego dziecka na rowerku, wysadzanie budynków. I sporo krwi. Fajnie mieli w tym Phenix kiedyś, nie ma co. Ale oglądać o tym filmu dziś już raczej nie ma po co - jest dużo lepszych gangsterek, a że ten akurat miał miejsce naprawdę? Phi, to było dawno, daleko i nieprawda :). 2/5
Obraz wysłany przez użytkownika
Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
Nr 298/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
Sommarnattens Leende (1955), Szwecja, reż. Ingmar Bergman

Uśmiechy letniego lata. Zaczęło się niezwykle nieciekawie - koniec XIX wieku, Szwecja, klimaty arystokratyczno- burżuazyjne, bałem się że będzie to Moralność Pani Dulskiej po szwedzku i nastawiałem na najgorsze. Ale już po kilkunastu minutach gapnąłem się, że coś nie gra. Okazało się bowiem, że jest to komedia. Co prawda nastawiona nie na salwy śmiechu, ale na uśmieszki uznania wobec dobrych dialogów i absurdalnych sytuacji, ale i tak fajna. Całość kręci się wokół niezwykle skomplikowanej intrygi miłosno- łóżkowej (nie na darmo na plakacie reklamowym jest napis A Sexy Frolic about the Sport of Love) z co najmniej 6ą bohaterów. Dwa małżeństwa, obaj panowie walczą o tą samą kochankę, ich żony się znają, młodszy syn jednego z nich staruje do swojej macochy, a przy okazji próbuje poderwać służącą, potem sytuacja jeszcze bardziej się zagęszcza. I to zagęszczanie pod koniec filmu najlepsze - nie żałowałem że musiałem przebrnąć przez niezbyt zachęcający początek - choć może gdybym od razu wiedział że to komedia, to był z większym zaciekawieniem obserwował co się dzieje ;-). 3.
Obraz wysłany przez użytkownika
Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
Nr 299/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
Nuit Et Brouillard (1955), Francja, reż. Alain Resnais

Noc i Mgła. Film który oglądało mi się najciężej z całej listy do tej pory. 30 minutowy dokument o obozach koncentracyjnych. I to w zasadzie powinno wystarczyć za całą recenzję - wiadomo czego się spodziewać - a autorzy filmu nie bawili się w półśrodki, tylko wawili z grubej rury, więc widoki zaserwowane są z gatunku tych najcięższego kalibru. Litościwie oszczędzę wam ich w obrazkach pod spodem, wybierając te które jako tako nadają się do publikacji. Ale na pewno w pamięci na długo zapadną mi góry trupów spychane buldożerem do anonimowego grobu, ciała leżące szeregiem, a obok koszyk obciętych głów, głowy z odstrzelonymi oczodołami i temu podobne "atrakcje". Cholera, muszę szybko coś innego obejrzeć, żeby zmienić klimaty i po czymś takim nie kłaść się spać. Gdyby to był horror czy coś w tym guście powiedziałbym, że to wszystko- ciała, trupy, szczątki ludzkie wyglądają nieprawdziwie, zbyt lalkowato, zbyt to wszystko makabryczne, by wyglądało na prawdziwe. A jednak... i to wcale nie gdzieś za siódmą rzeką, ale tu u nas i nie tak dawno, bo jeszcze żyją ludzie którzy to przeżyli... Ocena 1/5 - nie jakości filmu, czy siły jego oddziaływania (tu by była 5/5), ale za poziom "podobalności" i chęci ponownego obejrzenia. Gdybym jeszcze prowadził ranking, znalazłby się na ostaniej pozycji.
Obraz wysłany przez użytkownika
Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
Nr 300/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
The Night of The Hunter (1955), USA, reż. Charles Laughton

Robert Mitchum jako czarny charakter - podający się za wędrownego kaznodzieję charyzmatyczny morderca (z tatuażami na palcach dłoni - HATE i LOVE), który wyszukuje bogate wdówki by następnie ubić je i ruszyć z kasą w dalszą drogę. Trafia w końcu do domu, w którym tatuś zrobił skok na bank i został za to powieszony, ale przed śmiercią zdążył przekazać łup małym dzieciom. I teraz nasz morderca musi wydusić z nich prawdę, jeśli będzie trzeba mordując wszystkich którzy staną mu na drodze. Nieszczególnie mi ten opis wyszedł, ale trudno ;-). Film jest całkiem fajny - momentami thriller, czasami niemal komedia, czasem jak jakaś baśń dla dzieci (motyw ich ucieczki wybitnie klimatyczny, dziwne ujęcia kamery, rozmazane kolorki i takie tam). Na planie pojawiła się również gwiazda kina niemego i stara znajoma z pierwszych filmów z listy - Lillian Gish - te kilkadziesiąt lat pomiędzy niemal 300 obejrzanymi przeze mnie filmami nie potraktowało jej łagodnie... W każdym razie - film ogląda się całkiem spoko, więc 3+ należy się jak najbardziej.
Obraz wysłany przez użytkownika
Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Użytkownik
Dołączył: Maj 2008
Posty: 86
To HATE i LOVE przypomni Ci się jeszcze za jakieś 20 (filmowych) lat, jak będziesz oglądał "Rocky Horror Picture Show" ;) Przy okazji gratuluję dobrnięcia do numeru 300 (co nie jest tak łatwym wyczynem, zważając na te wszystkie francuskie filmy po drodze ;)
_______________
"Ph'nglui mglw'nafh Cthulhu R'lyeh wgah'nagl fhtagn"
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
Nr 301/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
Lola Montes (1955), Francja+RFN, reż. Max Ophuls

Film obyczajowy, biografia kostiumowa. A nudna jak 150. Lola Montes była XIX wieczną aktorką i skandalistką, film zresztą został okrutnie pocięty i ocenzurowany, a przywrócony do pełni chwały dopiero lat temu kilka i tą wersję rozszerzoną właśnie oglądałem. Oczekiwanie miałem więc spore, ale srodze się zawiodłem. Cenzorom z lat '50 ubiegłego wieku nie spodobały się bowiem tak niesamowicie skandaliczne sprawy, jak fakt, że Lola miała dziesiątki kochanków, męża odbiła swojej matce, gdzieś tam pozowała nago do portretu i w zasadzie tyle. Phi. W filmie niewiele się dzieje, skaczemy z Lolą od scenki do scenki z jej życia, nie powiem, odtworzone klimaty XIX wieczne nieźle, dekoracji i statystów od groma i ciut ciut, zwłaszcza w cyrku (a tak, całość to spektakl cyrkowy, w którym Lola w końcu ląduje i opowiada o swoich miłościach ku uciesze gawiedzi) można dostać migotania oczu, tyle się tam wszystkiego pałęta, ale mimo wszystko bleh. Nuuuudy.
Obraz wysłany przez użytkownika
Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
Nr 302/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
Forbidden Planet (1956), USA, reż. Fred M. Wilcox

I zaczynamy rok 1956! Początek całkiem obiecujący, bo tytuł brzmiał sci-fi-cznie. I faktycznie! Rok 2200, ludzkość kolonizuje kosmos, latając w spodkach :). Wedle napisów na początku filmu na Księżycu wylądowaliśmy koło roku 2090 (nie docenili samych siebie, lądowanie nastąpiło już 13 lat po nakręceniu filmu). Film opowiada o ekspedycji ratunkowej na odległą planetę - gdzie z całej wyprawy badawczej ocalał tylko jeden profesor, jego młoda córka i ich robot (superowy Robbo, hehe). Ogólnie oglądało się bardzo przyjemnie, efekty jak na rok '56 były zapewne powalające, choć czuć w nich okrutnie upływ czasu :). Historyjka też niczego sobie, nie spodziewałem się kto okaże się tym złym, więc za to też plusik. Aha - w roli kapitana ekspedycji młody Leslie Nielsen - tylko czekałem aż się zacznie wydurniać ;-). Czy można obejrzeć? Jasne, ale nie ma co się spodziewać ekstatycznych przeżyć, ot jeśli ktoś lubi sci-fi i nie przeszkadza mu przeterminowanie o 60 lat, to czeka go miła godzinka. 3+
Obraz wysłany przez użytkownika
Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
Nr 303/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
Biruma no Tategoto (1956), Japonia, reż. Kon Ichikawa

Ciekawostka. Japoński film o japońskich żołnierzach podczas końcówki II Wojny Światowej. I to nakręcony ledwie 11 lat po tejże wojnie. Birma, ostatnie dni wojny, japoński pluton przedziera się do granicy z Tajlandią. Dowódca jest muzykiem, wyszkolił więc swoich żołnierzy do chóralnego śpiewania - i te momenty kiedy oni śpiewają są bardzo fajne - japońskie nutki chóralnie śpiewane przez żołnierzyków których nie tak dawno mordowałem w Call of Duty: World at War ;-). Wojna jednak szybko się kończy, nasz oddział zostaje wzięty do niewoli, poza jednym żołnierzem - uzdolnionym graczem na tytułowej birmańskiej harfie. W wyniku splotu okoliczności nie dołącza do swoich uwięzionych kamratów, ale w przebraniu buddyjskiego mnicha podróżuje po Birmie. Ogląda się to zaskakująco dobrze, może dlatego że temat przynajmniej dla mnie wyjątkowo świeży i perspektywa też nieznana. Trzeba jednak sobie uczciwie powiedzieć, że film z rzeczywistością nie ma wiele wspólnego ;-). Japońscy żołnierze to wzór cnót - nikogo w filmie nie zabijają, wszystkie trupy jakie w Birmie oglądamy (a jest ich sporo) to zabici Japońcy, ludność cywilną wrogiego kraju traktują z respektem i szacunkiem, w niewoli też pełna kulturka wobec Brytyjczyków, zajmują się głównie śpiewaniem i planowaniem odbudowy Japonii - normalnie sielanka :). Na imdb wyczytałem fajne porównania - że gdyby nakręcono w Europie film o rozśpiewanych nazistach pod koniec wojny dobrze traktujących żydów, to raczej by ten numer nie przeszedł ;-). Ale tutaj - być może przez fakt, że Japończycy mi osobiście nic złego podczas IIWŚ nie zrobili - mogłem oglądać z przyjemnością ;-)/ 4/5
Obraz wysłany przez użytkownika
Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
Nr 304/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
The Searchers (1956), USA, reż. John Ford

Western z Johnem Waynem i Jeffreyem Hunterem (miał być Kirkiem w oryginalnym Star Treku, nawet nakręcili z nim pilot, ale coś się spitoliło, pilot został potem wykorzystany w innym odcinku który zbiegiem okoliczności dopiero co oglądałem, więc miałem tydzień z tym aktorem, ha!). Dobry western na dodatek. Raz że w kolorze, dwa że widoczki z Monument Valley niesamowite, trzy że dużo akcji - sporo się jeździ konno, strzela, walczy z indianami, czwarte wreszcie bohaterowie są ciekawi. John Wayne gra dla odmiany nie nieskalanie dobrego oficera kawalerii, ale nieco styranego życiem wojskowego, zaciętego rasistę nienawidzącego indian (nawet trupom odstrzeliwuje oczy żeby nie weszli do krainy wiecznych łowów), który rusza śladem bandy Komanczów odpowiedzialnych za masakrę jego najbliższych. W zasadzie nie jest pozytywną postacią, ale mimo wszystko daje się lubić (albo też w każdym z nas czai się ksenofobiczny rasista i wspieramy go w jego poczynaniach). W każdym razie - 5 lat pościgu rozłożone na 2 godziny filmu, który mogę miłośnikom gatunku polecić - 4/5.

Obraz wysłany przez użytkownika
Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
Nr 305/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
Un condamné à mort s'est échappé ou Le vent souffle où il veut (1956), Francja, reż. Robert Bresson

Uch och, niczego dobrego się po filmie z takim tytułem nie spodziewałem... I się miło rozczarowałem. Film jest opartą na faktach historią ucieczki francuskiego oficera ruchu opory z niemieckiego więzienia. Nasz bohater trafia do małej celi 2*3 metry i oczekuje na wyrok śmierci. Nie poddaje się jednak i wykorzystując wszystko co mu wpadnie w ręce (a jest tego niewiele), konstruuje misterny plan ucieczki. McGyver i Prison Break mogą się schować, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że to wydarzyło się naprawdę. Film mimo że bardzo oszczędny (w większości widzimy tylko wnętrze tej jednej celi i powolną drogę ku wolności - dłubanie w drzwiach, skręcanie lin z odzieży i kocy, ale głównie nasłuchiwanie czy ktoś nie idzie kto go przyłapie) to trzyma w napięciu. Zasłużona 4/5.
Obraz wysłany przez użytkownika

Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
« Ostatnia zmiana: JRK, Czw kwi 22, 2010 5:56 pm. »
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
Nr 306/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
Written on The Wind (1956), USA, reż. Douglas Sirk

Melodramat, bleh. Jak coś takiego znalazło się na tej liście - nie mam pojęcia. Jedyne wytłumaczenie to fakt, że było to pierwsze wysokobudżetowe romansidło z długiej listy tytułów w tym stylu, których nastąpił wtedy w Hollywood wysyp. Ale to tylko moja teoria. Jeśli zmusicie się do oglądania tego dzieła, czeka was przygoda z mało atrakcyjnymi aktorami, w dodatku grającymi w większości bardzo drewniano i nienaturalnie, często i gęsto dla odmiany przesadzającymi ze swoimi ekspresjami (ale cóż, takie są widać prawa melodramatów, zeby we wszystkim przesadzać). Historyjka opowiada o dwóch przyjacielach - jeden bogaty, drugi nie którzy tego samego dnia zakochują się od pierwszego wejrzenia w tej samej kobiecie - ta oczywiście wybiera bogatego i na tym tle rodzą się potem kłopoty - to tak w dużym skrócie, ale uwierzcie mi - nie chcecie być zanudzani pełną fabułą. Zupełnie nie w moim stylu - 2/5.
Obraz wysłany przez użytkownika

Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
Nr 307/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
The Man Who Knew Too Much (1956), USA, reż. Alfred Hitchcock

Spodziewałem się po Mistrzu Suspensy czegoś lepszego. A tu taki średniaczek wyszedł. I nie pomaga James Stewart. Amerykańskie małżeństwo podróżuje z synkiem do Maroko (tu w sumie najciekawsze zdjęcia, bo trochę tego afrykańskiego świata można podejrzeć), gdzie przypadkowo wplątują się w środek szpiegowsko - morderczej intrygi. Akcja skacze do Londynu i mamy Hitchcockowski finał pełen napięcia. Przynajmniej w teorii, bo tym razem ciut nie wyszło. Podczas koncertu, w momencie gdy muzyk uderzy w talerze ma się wydarzyć coś złego - i czekamy na te talerze ze wstrzymanym oddechem. Jeśli umiemy go wstrzymać na 15 minut, bo tyle koncert trwa. Argh - całości sobie odsłuchamy, bo wyboru nie mamy, a jasna sprawa że 15 minut napięcia to przesada i przegięcie. No cóż, nawet Mistrzom podwija się noga. Mimo to - 3/5 jest, bo ogląda się znośnie.
Obraz wysłany przez użytkownika
Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
Nr 308/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
Giant (1956), USA, reż. George Stevens

Saga pewnej teksańskiej rodziny, akcja filmu rozłożona na ponad ćwierć wieku. Film trwa ponad 3 godziny i można by spokojnie obdzielić wątkami fabularnymi kilka krótszych filmów. Mimo to, nie cierpiałem oglądając to. Poszło bardzo sprawnie, potrafiło przez większość czasu utrzymać moje zaintresowanie (może dlatego że skacząca o kilka lat do przodu akcja zmieniała sytuację). Na plus zaliczam również to, że problemy jakie dotykały naszych bohaterów nie były zbyt ciężkie, żadne dzieci nie umierały, śmiertelnych chorób też nie było - i super. Problemy kręciły się bardziej wokół niesprawiedliwości rasowych (mniejszość meksykańska miała (ma?) w Teksasie przewalone), wychowaniu dzieci, miejscu kobiety w domu i takie tam. Widać też było, że scenarzysta i reżyser lubili swoich bohaterów, bo pokazani są jako sympatyczni i łatwo się z nimi identyfikować. Obsada gwiazdorska, nawet w mniejszych rolkach aktorzy, których rozpoznawałem z wcześniejszych filmów z tej listy. Film obsypany został całą masą nominacji oscarowych, ale ostatecznie zgarnął tylko jedną figurkę. Moja ocena: mocna 3/5.
Obraz wysłany przez użytkownika
Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
Nr 309/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
All That Heaven Allows (1956), USA, reż. Douglas Sirk

Argh, następny melodramat i na dodatek tego samego reżysera i z tym samym głównym aktorem (Rock Hudson) co 3 filmy wcześniej. Zresztą, jest to już trzeci film z Hudsonem z 1956 roku - pracowity jak mrówka był. Tym razem cała niezbyt wciągająca miłosna historia kręci się wokół bogatej wdowy z dwójką dorosłych dzieci i jej ogrodnikiem - według filmu sporo od niej młodszym (na oko tego nie widać, a i imdb pokazuje, że 8 lat różnicy między nimi było ledwie, więc matkować mu nie mogła) i biedniejszym. I czy ta miłość pokona granice wieku i statusu społecznego? Co powiedzą sąsiedzi? Jak na to zareagują dzieci. Bleh. Nudy na pudy. I rozmelodramatyzowane do granic - jedna ze scen, gdy zakochani się godzą została okraszona nawet jelonkiem który przyszedł na nich popatrzeć. Nie żartuję :). Tylko dla ckliwych desperatów.
Obraz wysłany przez użytkownika
Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika

Strona: « < ... 14 15 16 17 18 19 20 21 > »

Forum JRK's RPGs » Varia » 1001 movies you must see before you die!

Forum JRK's RPGs działa pod kontrolą UseBB 1