Forum JRK's RPGs

Encyklopedia galaktyczna gier cRPG

Forum JRK's RPGs » Varia » 1001 movies you must see before you die!

1001 movies you must see before you die!

Strona: « < ... 15 16 17 18 19 20 21 > »

Autor Wyślij
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
Nr 310/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
Invasion of The Body Snatchers (1956), USA, reż. Don Siegel

Inwazja Porywaczy Ciał. Aż się cieplej na sercu robi, jak się taki tytuł widzi i ogląda się zupełnie inaczej :). Sci-fi, z delikatnymi efektami specjalnymi, za dużo w tej dziedzinie nie przyszaleli, postawili bardziej na klimat zagrożenia. Pewne małe amerykańskie miasteczko zostaje zaatakowane przez przybyszy z kosmosu, którzy (niespodzianka) podmieniają mieszkańców na ich kosmiczne klony. Jedyną osobą która może ich powstrzymać (o ile uda mu się rozgryźć ich sekret) jest lokalny doktorek. Film ogląda się płynnie, nie dłuży się, trzeba jedynie przymknąć oko (a nawet lepiej oba) na okropne dziury fabularne i logiczne. Doktorek wygląda jak głupek, ale za to główna aktorka - ślicznota. Zdaje się, że jakieś 20 lat później wyszedł remake z Sutherlandem, alem tego nie widział, więc się nie wypowiem na temat jakości. Mocna 3.
Obraz wysłany przez użytkownika
Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
Nr 311/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
The Wrong Man (1956), USA, reż. Alfred Hitchcock

Bleh. Oparta na faktach historia człowieka niesłusznie podejrzewanego o przestępstwo. W roli głównej 50+ letni zmarnowany Henry Fonda, który usiłuje nam wmówić że ma 38 lat. Zwyczajny człowiek, który w wyniku splotu zbiegów okoliczności zostaje wzięty za bandziora. Nie mam pojęcia czemu wziął się za to Hitchcock, bo wyszedł z tego nie thriller, ale wręcz dokument opisujący pracę amerykańskiej policji 60 lat temu. Z bolesną dokładnością przechodzimy wszystkie etapy przesłuchania, wsadzania do więzienia, transportu, przydzielania celi itp. itd. Może to i ciekawe(/ostkowe), ale co za dużo to niezdrowo. Poza tym główny bohater to ofiara losu, nie udało mi się go polubić, jak patrzyłem na jego umęczoną niewinną minę to wręcz cieszyłem się, że zasłużył na swój los :-). Słowem - nuuuudy, napięcia w tym zero, przygody zero, widoczków zero - same ludzkie dramaty, bleh.
Obraz wysłany przez użytkownika
Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Użytkownik
Dołączył: Maj 2008
Posty: 416
Skąd: Stolica
JRK napisał(a)
Nr 310/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
Invasion of The Body Snatchers (1956), USA, reż. Don Siegel

Inwazja Porywaczy Ciał. Aż się cieplej na sercu robi, jak się taki tytuł widzi i ogląda się zupełnie inaczej :). Sci-fi, z delikatnymi efektami specjalnymi, za dużo w tej dziedzinie nie przyszaleli, postawili bardziej na klimat zagrożenia. Pewne małe amerykańskie miasteczko zostaje zaatakowane przez przybyszy z kosmosu, którzy (niespodzianka) podmieniają mieszkańców na ich kosmiczne klony. Jedyną osobą która może ich powstrzymać (o ile uda mu się rozgryźć ich sekret) jest lokalny doktorek. Film ogląda się płynnie, nie dłuży się, trzeba jedynie przymknąć oko (a nawet lepiej oba) na okropne dziury fabularne i logiczne. Doktorek wygląda jak głupek, ale za to główna aktorka - ślicznota. Zdaje się, że jakieś 20 lat później wyszedł remake z Sutherlandem, alem tego nie widział, więc się nie wypowiem na temat jakości. Mocna 3.


Jak dla mnie najciekawsze są "początki" tego filmu, bo powstał z wyniku paranoi, która w Ameryce się pojawiła jako reakcja na komunizm :)

Oryginału nie widziałem, ale wersja z Sutherlnadem kopię rzyć. Taka nowsza, z Gabrielle Anwar w roli głównej, jest bardzo kiepska. Najnowszej (z 2007 r.), z Nicole Kidman i Danielem Craigiem, też jeszcze nie widziałem, ale podobno nie jest najwyższych lotów. Niedługo będziemy mieli jeszcze ekranizacje książki Stephanie Meyer (autorka abominacji typu "Zmierzch" i jego kontynuacji) o nazwie "Intruz", która w zasadzie opowiada o tym samym :P
_______________
We saw the shadows of the morning light
The shadows of the evening sun
Until the shadows and the light were one
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
-->Grimm - a to że aż tyle remaków zrobili tom nie wiedział :). A komunistycznej paranoi w filmie nie widziałem - no chyba że to miała być ukryta parodia i nabijanie się z szukania ruskich szpiegów w każdym ze swoim sąsiadów. No ale jeśli w filmu okazuje się, że oni naprawdę są obcymi, to może i twoi sąsiedzi w realu naprawdę są komunistycznymi szpiegami... Zagmatwane :)

Nr 312/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
Bigger Than Life (1956), USA, reż. Nicholas Ray

Dramat, melodramat z odrobiną thrillera (ale zbyt małą by tą przenudę uratować). W roli głównej dawno nie widziany na liście James Mason, na fotelu reżysera człowiek odpowiedzialny za Buntownika Bez Powodu. Drętwa i nudna opowiastka o pewnym dobrodusznym i kochającym rodzinkę nauczycielu (tak swoją drogą, to już chyba setny film, w którym żona jest jakieś 20 lat młodsza od męża, tak wtedy było, czy po prostu znanemu aktorowi partnerowali młódkę? nie dowiemy się nigdy!) który zapada na jakąś ciężką chorobę. Pomóc mu może tylko eksperymentalny lek, od którego się szybko uzależnia i zmienia w potwora. Znaczy zachowanie mu się zmienia, bo to jednak nie sci-fi :). Ogląda się ciężko, historia mnie nie zainteresowała, zawiesić oka na nikim też nie było, gra aktorska ujdzie, choć Mason zawsze gra przesadnie, ale taka widać jego maniera. Zupełnie nie mój typ. Jedyny moment który przykuł na moment moją uwagę to badanie rentgenowskie - takie w starym typie :). Cała reszta - nuuuuudy.
Obraz wysłany przez użytkownika

Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
Nr 313/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
High Society (1956), USA, reż. Charles Walters

Nocka filmowa, pozycja druga. Frank Sinatra, Louis Armstrong (I'ts a Wonderful Wolrd, tu też gra na saksie i śpiewa swym drgającym głosem super), Bong Crosby (zupełnie go nie kojarzę, podobno znany muzyk) i Grace Kelly (w swojej ostatniej roli przed załapeniem się na stanowisko małżonki księcia Monako). Obsada więc silna i muzykalowa. I faktycznie - jest to ten lubiany przeze mnie gatunek. Ale niestety, zupełnie toto się ładu i składu nie trzyma. Gdzieś po 30 minutach gapnąłem się, że ja to już chyba widziałem - i faktycznie, przyszło olśnienie - Philadelphia Story z 1940 to to samo - po kiego licha wsadzili ten sam film na listę dwa razy, zwłaszcza że remake niestety nijaki? Piosenka tylko jedna wpadła mi w ucho, postaci mało sympatyczne, różnica wieku w małżeństwie to tym razem 23 lata (moja teoria z poprzedniego wpisu się potwierdza!), chemii w tych wszystkich związkach brak, Grace Kelly nie jest brzydka, ale pięknością też bym jej nie nazwał - nie ma więc w filmie nic, co by przyciągało uwagę. Nudy nudy nudy, w założeniach miała też być komedia, ale uśmiechnąłem się może ze 2 razy. Waham się między oceną 2 a 3, ale skłonię się jednak do 2+, bo nie da się tego obejrzeć bezproblemowo.
Obraz wysłany przez użytkownika

Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
« Ostatnia zmiana: JRK, Czw maj 27, 2010 4:21 am. »
Użytkownik
Dołączył: Maj 2008
Posty: 416
Skąd: Stolica
JRK napisał(a)
-->Grimm - a to że aż tyle remaków zrobili tom nie wiedział :). A komunistycznej paranoi w filmie nie widziałem - no chyba że to miała być ukryta parodia i nabijanie się z szukania ruskich szpiegów w każdym ze swoim sąsiadów. No ale jeśli w filmu okazuje się, że oni naprawdę są obcymi, to może i twoi sąsiedzi w realu naprawdę są komunistycznymi szpiegami... Zagmatwane :)


No właśnie chodzi o to, że twój sąsiad, czy osoba ci bliska, którą doskonale znasz może tak naprawdę jest ruskim szpiegiem! ;) W tamtych czasach nie wiadomo było, kto tak naprawdę jest sympatykiem komunizmu, a kto nie. Sympatycy się ukrywali ze swoimi poglądami, bo lubienie komunizm było równoznaczne ze zdradą narodu. Komisja McCarthy'ego i takie sprawy :)

High Society to dowód, że musical jako gatunek filmowy ssie. I nawet Louis Armstrong nie jest wstanie tego zmienić :P
_______________
We saw the shadows of the morning light
The shadows of the evening sun
Until the shadows and the light were one
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
Nr 314/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
The Ten Commandments (1956), USA, reż. Cecil B.Demille

Niemal 4godzinna epicka opowieść o życiu Mojżesza z Charltonem Chestonem w roli głównej i dorównującym mu ogolonym na łyso Yul Brynnerem jako faraonem. Ogląda się przednio, efekty specjalne przeszły już do historii - rozstąpienie się Morza Czerwonego, plagi, niesamowite sceny zbiorowe - 15.000 statystów i 14.000 zwierzaków - scena gdy Izraelici opuszczają Egipt tysiącami - naprawdę czapki z głów, to nie 5 aktorów i komputerowo dorobiona reszta, ale naprawdę kilkanaście tysięcy ludzi :). Nie można też zapomnieć o kobiecych postaciach - wszystkie ładne i skąpo ubrane (jak na biblijną opowieść przystało ;-)). Sama opowieść też wciąga i mimo że zna się i fabułę i zakończenie, w niczym to nie przeszkadza - film pokazywany jest co Wielkanoc w USA i zawsze ma wielomilionową publikę. Swoją drogą, starotestamentowy Bóg jest wyjątkowo okrutny, srogi i nie potrafiący wybaczać - i film (nie wiem czy zamierzenie) to wszystko ładnie obrazuje. Moja ocena: 4/5, wahałem się nad 5/5, ale jednak ciut zbyt długaśne ;-).
Obraz wysłany przez użytkownika

Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Użytkownik
Dołączył: Maj 2008
Posty: 86
Szykują Ci się teraz całkiem niezłe filmy, z tego co widziałem. Najpierw "12 Gniewnych Ludzi", a zaraz potem "Siódma Pieczęć" Bergmana :)
_______________
"Ph'nglui mglw'nafh Cthulhu R'lyeh wgah'nagl fhtagn"
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
Nr 315/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
12 Angry Men (1957), USA, reż. Sidney Lumet

Elmozg nie kłamał, dobry film. Choć jego skrócony opis brzmi niezbyt zachęcająco - 12 gości zamkniętych na godzinę w jednym pokoju, z którego nie wychodzą i cały czas tylko gadają. I są angry. I to serio cały film. A mimo to - ogląda się doskonale :). Po rozprawie sądowej (której widzimy tylko sam koniec, nawet nie wiemy o co w niej biega) 12 ławników udaje się do pokoju na naradę. I właśnie ta narada, dyskusja jest całym filmem. Wydawało mi się nieco dziwne, że nic o samej sprawie nie wiedziałem, ale wszystko się ładnie układa - ławnicy coraz to rzucają nowym wątkiem, który roztrząsają i nam się też wszystko zaczyna w głowach przedstawiać. W każdym razie - mnie to bardzo wciągnęło, wcześniej jakimś cudem filmu nie widziałem, więc miałem dodatkowo element świeżości, nie znałem zakończenia (choć innego się raczej nie sposób było spodziewać), jak już wspomniałem - oglądało się super. I mimo że już po zakończeniu seansu, na spokojnie przedstawione argumenty nie wydały mi się już aż tak przekonujące jak podczas emocjonalnego ich przedstawiania, to i tak wystawiam filmowi piąteczkę :).
Obraz wysłany przez użytkownika

Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
Nr 316/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
Det Sjunde Inseglet (1957), Szwecja, reż. Ingmar Bergman

Dla równowagi - w przypadku Siódmej Pieczęci elmozg okrutnie kłamał. Film jest nudny, przekombinowany i ogólnie niefajny :). Średniowieczna Skandynawia, rycerz wraca z krucjaty do domu, po to tylko by zastać kraj ogarnięty zarazą. Spotyka Śmierć i gra z nim w szachy o swoje życie. Pełno w filmie mistycyzmu, filozofowania, symbolizmu, gadania o religii, śmierci, przemijaniu i sensie tego wszystkiego. I ogólne przesłanie jest takie, że i tak umrzemy :). Milutko. Jedyne plusy jakie w filmie dostrzegam, to przeładne aktorki (serio, serio) i trochę liźnięte klimaty średniowieczne (stroje, procesja biczowników, palenie na stosie - tu się przyczepić do czego nie ma). Ogólnie jednak - bleh, zdecydowanie przegadany film, nie widzę powodów dla którego jest tak powszechnie ubóstwiany. Ktoś przeciw? :)
Obraz wysłany przez użytkownika

Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
Nr 317/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
An Affair to Remember (1957), USA, reż. Leo McCarey

Cary Grant i Deborah Kerr (już się ze dwa razy na liście pojawiła wcześniej, to i jej imię wymienię jako znanej aktorki ;-)) w romantycznej komedii. I ku mojemu zawstydzeniu - podobało mi się :). Część komediowa bardzo dobra - oparta głównie na wymianie zdań między głównymi bohatarami - oboje są wygadani i mają poczucie humoru, a i dialogi są dobrze i iskrą napisane. Druga część filmu gubi elementy komediowe i skupia się bardziej na wyciskaniu łez z widza, ale do tego momentu zdążyłem bohaterów polubić, więc już zależało mi na ich losie. No i mimo sztucznie wymyślonych problemów (oczywiście przez kobietę!) kibicowałem im nadal :). Fabuła: na statku spotyka się para (moja teoria różnicy wieku to tym razem 51/35 - czyli raptem 16 lat) i się w sobie zakochuje mimo że oboje są już zaręczeni z kimś innym. Obiecują sobie spotkać się równo za pół roku na szczycie Empire State Building, jak pozałatwiają swoje życiowe sprawy. Czy im się to uda i jak się to skończy - nie będę spoilerował, bo można śmiało obejrzeć samemu :). 4/5 (tak, dwa razy lepsze niż Seventh Seal, a co!).
Obraz wysłany przez użytkownika

Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
Nr 318/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
Smultronstället (1957), Szwecja, reż. Ingmar Bergman

Ałć. Ałć ałć. Drugi Bergman tego samego roku i choć wydaje się to mało prawdopodobne, jeszcze gorszy niż Siódma Pieczęć. Jak ja nie lubię takich egzystencjalnych przynudzających filmów... Znów było o umieraniu, przemijaniu, religia dla odmiany ledwo draśnięta, o stosunkach rodzinnych, miłości, co tylko filozoficznego się Bergmanowi do głowy rzuciło, to i do filmu wrzucił. 74 letni profesor jedzie samochodem na drugi koniec kraju, podczas tej podróży spotyka kilka osób i kilka razy śni i ma wizje. Tyle fabuły. Ałć. Obsada aktorska niemal ta sama co w Siódmej Pieczęci, mimo że niektórzy dostali margianlne rólki (w tym na pewno wam znany Max von Sydov). Dziewczyny Bergmana nadal ładne (szczególnie te z wizji z czasów młodości), ale co z tego, skoro oglądanie tego filmu sprawia fizyczny ból, takie tu nudy ;-). Dam dwóję, bo przynajmniej z oczu nie krwawiłem...
Obraz wysłany przez użytkownika

Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
Nr 319/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
Le Notti di Cabiria (1957), Włochy, reż. Federico Fellini

Hardcorowej nocy filmowej ciąg dalszy. Po Bergmanie przyszła kolej na Felliniego. Nastawiłem się psychicznie na kolejną dawkę katuszy, ale szczęśliwie było całkiem znośnie. Zasługa w tym między innymi aktorki, która pokazała już co potrafi w La Strada (tyle że tam była niemową, a tu gada jak najęta, i kurde, Włosi to chyba nie potrafią rozmawiać bez wydzierania się, drą mordę w tym filmie niemal przez cały czas!), ale przede wszystkim - tutaj jest fabuła, którą można śledzić. Rzecz dzieje się w Rzymie, główna bohaterka i jej najbliższe otoczenie to prostytutki. Marzy jednak o normalnym życiu i film jest opowieścią o jej próbie wyrwania się z tego dna. Trochę to wszystko trwa za długo, niektóre sceny wydały mi się całkowicie zbędne, ale mimo wszystko miałem siły żeby o 5 rano obejrzeć do końca za jednym posiedzeniem, więc 3/5 się należy ;-).
Obraz wysłany przez użytkownika

Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
Nr 320/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
Kumonosu Jo (1957), Japonia, reż. Akira Kurosawa

Efekt bezinternetowej nocy :). Adaptacja szekspirowskiego Macbetha w feudalnej Japonii. W rolach głównych stały zestaw doskonałych ulubieńców Kurosawy. Stroje, klimat, kilka scen bitewnych, niesamowita końcowa scena śmierci od strzał - wydawałoby się, że film super. A jednak jakoś tak opornie mi się oglądało. Sam nie wiem czemu. Może dlatego, że fabułę znałem i nie czekało mnie żadne zaskoczenie (ale we Władcy Pierścieni też znałem, a oglądało się super i to nie jeden raz:-)). Mimo wszystko film porządny - z jak zwykle przesadzoną grą aktorską, mnóstwem krzyku, gestykulacji, Kurosawa sporo bawił się też mgłą (momentami aż przesadzał, gdy dwóch konnych jeździło we mgle przez 5 minut tam i z powrotem, to mnie szlag trafiał) i światłem. No i oczywiście wspomniana już scena śmierci - główny bohater przeszyty zostaje całą masą strzał, ale nadal chodzi - na imdb doczytałem że użyto prawdziwych strzał (prócz tych które go trafiły w zbroję, te były z bambusu), więc efekt strachu na jego twarzy jest jak najbardziej nieudawany ;-). Koniec końców, daję filmowi 3+.
Obraz wysłany przez użytkownika

Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
Nr 321/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
The Incredible Shrinking Man (1957), USA, reż. Jack Arnold

Wow, po prostu wow. Dziwię się, że nie słyszałem wcześniej o tym tytule, bo to kawałek dobrego sci-fi. Podczas wakacji, gość zostaje napromieniowany przez tajemniczą mgłę i od tego dnia powolutku się zmniejsza. Czyli coś w stylu "Kochanie zmniejszyłem nasze dzieciaki", tylko nie na wesoło, ale całkiem poważnie, niemal dramat z tego wychodzi ;-). Film jest niesamowity pod względem efektów specjalnych - są wykonane naprawdę na wysokim poziomie - i wszystko za pomocą rekwizytów (wielgachne telefony, ołówki, kubki - coś jak w naszym rodzimym Kingsize) oraz zapewne czegoś co było wtedy odpowiednikiem niebieskiego tła. Scena ataku kota, gdy nasz bohater jest wielkości myszy wykonana została niemal perfekcyjnie - treser kota musiał być świetny, a i jego zachowanie i gra naszego bohatera są połączone genialnie. Jeszcze lepsze efekty mamy, gdy bohater jest już bardzo malutki - scena walki z pająkiem za pomocą miecza ze szpilki to jest to - Sam z Władcy Pierścieni się może ze swoją Szelobą schować - tutaj to były emocje :). Nie spodobało mi się jedynie zakończenie - nie spodziewałem się czegoś takiego i było dla mnie jak jedno wielkie WTF i śmiech na sali, ale z tego co na forum imdb wyczytałem, to jestem odmieniec i się ogólnie publice podobało ;-).

Mimo to - zasłużona 4+! Śmiało oglądać!

Obraz wysłany przez użytkownika
Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
« Ostatnia zmiana: JRK, Pią lip 02, 2010 6:44 am. »

Strona: « < ... 15 16 17 18 19 20 21 > »

Forum JRK's RPGs » Varia » 1001 movies you must see before you die!

Forum JRK's RPGs działa pod kontrolą UseBB 1