| Autor |
Wyślij |
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 335/1001  Popiół i Diament (1958.), Polska, reż. Andrzej Wajda Pierwszy ze zdaje się trzech polskich filmów na liście. Film... hmmm... dziwny  . Mocno symboliczny, nie mam pojęcia co taki amerykański odbiorca z niego wyniesie bez znajomości historii, kultury, specyfiki Polski - ja miałem problemy z rozgryzieniem niektórych scen. Ostatni dzień wojny, gdzieś na wyzwolonej już polskiej prowincji Cybulski wraz z kumplem AKowcem zasadzają się na komunistycznego komisarza, z zadaniem wykonania propagandowego wyroku śmierci. Cybulski jednak zakochuje się i zaczyna mieć wątpliwości. Film to dramat i to z tych, które widzowi dostarczą "atrakcji" tylko w postaci depresji, smutku i melancholii, więc zupełnie nie moja para kaloszy. Oglądałem jednak jednym rzutem - dialogi mimo że mocno kombinowane (i przez to zupełnie nierealne) wciągają, powojenna Polska to ciekawe tło, no i Cybulski to dobry aktor. Mimo to - zaledwie 3/5. Za dramat  . http://www.youtube.com/watch?v=8YVqKiZCkrk       
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 336/1001  Dracula (1958.), Wlk. Brytania, reż. Terence Fisher Christopher Lee (Saruman, count Daako z nowych Gwiezdnych wojen) jako Dracula i admirał którego imienia nie pamiętam ze starych GW jako Van Helsing. Plus kilka narzeczonych Draculi i innych pobocznych, gęsto padających trupem postaci. Klasyczny horror, który zdefiniował kino wampirze na wiele lat. Mamy więc bardzo graficzne przebijanie wampirzego serca kołkiem, przypalanie krzyżem, odpędzanie czosnkiem, spanie w trumnach z rodzinną ziemią, wysysanie krwi z ofiar. Efektów specjalnych zbyt wiele nie ma (albo też moje XXI wieczne przesycenie nimi tak to ocenia) - największy bajer to oczywiście końcowa scena spopielania wampira słońcem. Obejrzeć można, choć o baniu się oczywiście mowy nie ma, bardziej jako nostalgiczna podróż w czasie  . 3/5             
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 337/1001  Mon Oncle (1958.), Francja, reż. Jacques Tati Francuska komedia. Niemal zupełnie nieśmieszna. Co mnie nieco zaskoczyło, bo film w tym samym stylu, tego samego reżysera i z tym samym bohaterem (pierwowzór Jasia Fasoli) na liście kilkanaście lat wcześniej (Mr. Hulot na wakacjach) podobał mi się. Tym razem jednak - nic nie zaskoczyło. Mr. Hulot mówi przez cały film może ze 2 słowa (Jaś Fasola!), głównie dziwnie chodzi, dziwnie się zachowuje i wywołuje przypadkowo całe morze mniejszych i większych katastrof wokół siebie (Jaś Fasola!). Być może powód, dla którego mi to nie podeszło to fakt, że reżyser próbował z tego zrobić traktat moralny. Jaś Fasola mieszka w starej części miasta - z mnóstwem muzyki, spontaniczności i życzliwości. Jego siostra z rodziną to bogaci mieszkańcy sterylnego nowoczesnego domu. I tak tłucze nam przez cały film, że to co stare jest dobre, a to co nowe jest błeee. Problem tkwi też w tym, że film trwa ponad 2 godziny. Scenki są długie i żart nawet dobry jeśli jest wałkowany przez 15 minut, nie bawi aż tak. A że większość skeczy jest wizualna, oglądanie piesków biegających przez ulicę po raz dwunasty albo zamiatacza nie zamiatającego po raz setny po prostu wkurza zamiast wywoływać uśmiech. No i zakończenie, zupełnie przewrotne - stare zostaje zniszczone, Mr.Hulot skazany na emigrację, a nowe i głupie zwycięża. Huh. 2/5             
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 338/1001  Jalsaghar (1958.), Indie, reż. Satyajit Ray Argh. Aaaargh. Reżyser od trylogii Apu uderza po raz kolejny. Tym razem miast tragicznych losów indyjskiej biedoty mamy tragiczne losy podupadającej indyjskiej klasy wyższej. Pan domu wydaje ostatnie pieniądze na koncerty w swoim pałacu, spłukując się do zera i przy okazji niszcząc rodzinę. Koniec fabuły. Mam podejrzenie, że ten film był tylko wymówką do pokazania kilku takich koncertów. Miałem wrażenie, że stanowią one połowę czasu jego trwania. I żeby była jasność - słowa koncert używam dość swobodnie, gdyż w rzeczywistości raz był to zawodzący dziadek, drugim razem zawodząca babka brzdąkająca na czymś dziwnym, a za trzecim zawodząca tancerka z chyba 10-minutowym tańcem zrobionym jednym ujęciem. Ta muzyka naprawdę mnie dobija. I jestem pełen podziwu, że przebrnąłem przez ten film. Unikać jak ognia - nudy, od śpiewów bolą zęby i na dodatek akcja skacze z teraźniejszości w przeszłość i ciężko się połapać o co biega (choć w zasadzie oglądamy stare i nowe koncerty, więc pal licho co się kiedy dzieje)  ! Daję 1/5.             
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 339/1001  Le Quatre Cents Coups (1959), Francja, reż. Francois Truffaut Coś podejrzanie szybko skończył się ten rok 1958. No nic, 59 rozpoczynamy francuskim dramatem. Ale aż tak źle nie było - film opowiada o życiu 15-letniego chłopaka (ale wygląda na dużo mniej). I ma to życie przechlapane, problemy w domu (bieda, brak bliskich którzy by się nim przejmowali), problemy w szkole, problemy z prawem. Naprawdę, same nieszczęścia na niego spadają. Aż się dziwię, że przez to jednym ciągiem przebrnąłem  . No i nie wiedziałem, że w powojennej Francji dzieci za kradzież wsadzane były do aresztu razem z dorosłymi przestępcami... Podobno powstały 4 kolejne filmy będące kontynuacją tego (co tłumaczy brak zakończenia w tym - tzn. jakieś jest i podobno bardzo poetyckie i wzruszające, ale jak dla mnie niesatysfakcjonujące i nie zamykające opowieści  ), ale mimo że ten umiarkowanie mi podszedł, to mam nadzieję, że już więcej na listę się nie załapało. Jest jakiś limit nieszczęść jakie mogę w drodze wizualnej przetrawić. 3/5           
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 340/1001  North by Northwest (1959), USA, reż. Alfred Hitchcock W końcu znów Hitchcock, którego ogląda się z przyjemnością. Po zakończeniu współpracy z Jamesem Stewartem (powód - był za stary na amantów), w tym filmie główną (a i owszem, również amancką rolę) gra o kilka lat od poprzednika starszy Cary Grant  . Ale trzeba mu przyznać, że na swój wiek nie wygląda. Główny powód, dla którego film ogląda się bardzo dobrze, to humor. Jest to oczywiście przede wszystkim kryminał (a może nawet thriler) szpiegowski, ale zarazem komedia. Dialogi są bardzo fajne, sytuacje zabawne, a Cary Grant się w tych klimatach czuje doskonale. Jako czarny charakter występuje James Mason, stały bywalec "1001" (chyba po raz 10), ale za dużo się nie udziela. Cóż więcej mogę dodać - dużo akcji, w tym kultowe sceny ucieczki przed pikującym i strzelającym do głównego bohatera samolocikiem oraz równie kultowa, choć szczerze - mniej ekscytująca scena wspinaczki po Rushmore (gęby 4 amerykańskich prezydentów wykute w skale), sporo podtekstowego seksistowskiego gadania (znów i znów ta ichnia cenzura - choć Alfred poradził sobie z wizualizacją w sposób dowcipny - widzimy pociąg wjeżdżający do tunelu i sami sobie musimy dośpiewać co to symbolizuje ;-)). Słowem: podobało mi się na tyle, żeby wystawić 4/5.                 
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 341/1001  Some Like It Hot (1959), USA, reż. Billy Wilder Pod tym dziwacznym tytułem kryje się ni mniej ni więcej, tylko doskonale zapewne wszystkim znany film Pół żartem pół serio  . I żeby nie trzymać w niepewności - podobało mi się to tak bardzo, że daję 5/5. W końcu jakiś film się tego doczekał  . Tony Curtis i Jack Lemmon grają dwóch muzyków, którzy uciekając przed mafią przebierają się w damskie ciuszki i dołączają do damskiego zespołu muzycznego wraz z Marilyn Monroe. Oznacza to oczywiście całą masę nieporozumień, gagów i śmiechu - jak to w filmach z przebierankami bywa. Ten broni się bardzo dobrą grą aktorską, cwanymi dialogami i tym, że jest naprawdę śmiesznie. Nie przeszkadza również zjawiskowa M.Monroe (grająca przy okazji Polkę o nazwisku Kowalczyk, huh). Cenzura zdaje się już nieco zelżała, bo w filmie znajdziemy całą masę podtekstów, damskich nóg, wyzywających sukni Monroe, ba - są nawet gejowskie zagrywki (ale tak śmieszne, że widocznie cenzorom nie przeszkadzały). Poleciłbym wam ten film do obejrzenia, ale oczywiście - każdy go już kiedyś przynajmniej raz w życiu oglądał  .                 
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 342/1001  Anatomy of The Murder (1959), USA, reż. Otto Preminger Rozstanie z Hitchcockiem wyszło Jamesowi Stewartowi zdecydowanie na dobre. W filmie gra obrońcę mężczyzny oskarżonego o morderstwo, którego dopuścił się na gwałcicielu swojej żony. Do winy przyznaje się, linia obrony opiera się więc na próbie udowodnienia, że do gwałtu doszło, a morderca w momencie zabójstwa był szalony (czy jak to się fachowo nazywa - w afekcie?). O tym co się naprawdę wydarzyło - nie wiemy - nie dostajemy żadnych flashbacków, widz, podobnie jak ławnicy może sobie wyrobić opinię o winie lub niewinności tylko na podstawie tego co usłyszy w filmie. Czyli - typowe kino sądowe. Tym co je wyróżnia jest bardzo odważna jak na lata 50 tematyka - nie spotykało się w amerykańskich filmach wcześniej słów takich jak gwałt, sperma, penetracja, na dodatek wałkowanych na okrągło i pod różnymi kątami. Miałem przyznać 3/5, ale zdałem sobie sprawę, że te 3 godziny filmu przesiedziałem ciurkiem i zleciały mi nie wiadomo kiedy - i na dodatek podobało mi się, więc podbijam ocenę do 4/5.               
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 343/1001  Les Yeux Sans Visage (1959), Francja, reż. Georges Franju Umiarkowanie oglądalny francuski thriller, momentami podchodzący pod horror (ale nadprzyrodzonych rzeczy brak). Doktor specjalizujący się w przeszczepach porywa młode dziewczyny, by wyciąć im twarz (stąd tytuł, którego translacja na polski to coś jak Oczy Bez Twarzy) i przeszczepić swej córce, która ową twarz podczas wypadku straciła. Film stawia na graficzne szokowanie widza, ale złośliwie przez długi czas nam twarzy córki nie pokazuje - cały czas filmowana od tyłu albo w masce ową twarz zasłaniającej. Może i dobrze, bo kiedy w końcu ją na moment pokazali, nie było to nic specjalnego, obraz zresztą był wtedy mocno rozmazany i pomazana na czarno ;-) twarz mignęła przez ułamek sekundy. Gdzie więc to graficzne szokowanie? Ano operacja wycięcia twarzy pokazana jest krok po kroku - od rysowania wzorków, po krojenie buźki. Może 50 lat temu to było coś, ale dziś jak na dłoni widać wszystkie użyte sztuczki, a w dowolnym odcinku Ostrego Dyżuru można zobaczyć bardziej realistyczne zabiegi. Niemniej jednak - zapewne z tego powodu film się na listę załapał. Mój werdykt brzmi jednak 2/5 - zbyt się zestarzało, nie jest strasznie, nie trzyma w napięciu i na dodatek reżyser miał jakieś ciągotki w kierunku upoetycznienia całości (czytaj postacie snują się bez celu, głaskając gołąbki i tęsknie wpatrując się w dal), czego zwykle strawić nie mogę  .                 
|
|
|
|
|
Użytkownik
Dołączył: Maj 2008
Posty: 571
Skąd: Stolica
|
JRK napisał(a) Anatomy of The Murder (1959), USA, reż. Otto Preminger
O, to jest bardzo dobre. I dwa filmy powyżej tego również. Zdziwiony jestem, że Vertigo ci nie podszedł  I czy mi się wydaję, czy na twojej liście nie było Stalagu 17 z 1953 r.? _______________ If you're good at something, never do it for free.
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Stalagu faktycznie brak (i nie było go w poprzednich tomach 1001), a Vertigo też jakoś nie podeszło  . Nr 344/1001  Ride Lonesome (1959), USA, reż. Budd Boetticher Western. Całkiem spoko, ale nie wiem czym zasłużył, że się na liście znalazł. Aktorzy nieznani, widoczki niezłe, bardzo dużo akcji (jest nawet politycznie niepoprawne strzelanie do indian, jeeej!). Łowca nagród na samym początku filmu chwyta przestępcę i prowadzi go do miasta, by oddać w ręcę sprawiedliwości. Towarzyszy mu dwóch innych bandytów, którzy chcą mu łup odebrać i samemu zgarnąć za niego nagrodę oraz piękna kobieta uratowana przed indiańcami. Stosunki w przymusowej drużynie skomplikowane, motywy kolidujące, na dodatek na karku indianie i pościg. Finał mnie trochę zaskoczył. bo... . Obejrzeć można, ale bez rewelacji - 3/5.                « Ostatnia zmiana: JRK, 17 sie 2010, 0:05. »
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 345/1001  Orfeu Negro (1959), Brazylia + Francja + Włochy, reż. Marcel Camus Kolejna po Carmen wersja starej (w tym przypadku z antycznej Grecji) historii we współczesnym wydaniu z całkowicie czarnoskórą obsadą (w wydaniu brazylijskiego odcienia czerni). Znajomość wszystkich szczegółów mitu o Orfeuszu - wymagana do połapania się o co w filmie chodzi. Aktorki - poza główną - brzydkie brazylijki, że aż strach się bać  . Połowa filmu to taniec, podrygiwanie, śpiew i zawodzenie. Druga to jakieś takie poetyckie cuda. Czyli nie da się tego oglądać  . Jedyny plus ratujący to "dzieło" to umiejscowienie w Rio de Janeiro (na dodatek podczas karnawału) - widoczki są więc niezłe. Ale to naprawdę wszystko. Film mocno męczy, akcja rozwija się leniwie, postaci nie wzbudziły mojej sympatii, wyszukiwanie porównań do mitu mnie nie bawiło (ooo, pies który pilnuje przypadkowej bramy to Cerberus, oooo, Orfeusz schodzi po schodach w dół gdzie jest czerwone światło - czyli do piekła, do piekła, ooo - jego kumpel nazywa się Hermes, też greckie imię, oooo, ale nuda), poetyckie zagrania dobijały, a muzyka po 30 minutach tylko dobijała. Unikać. 2/5.               
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 346/1001  Shadows (1959), USA, reż. John Cassavetes Po miesięcznej przerwie wakacyjnej wracam do listy 1001 filmów. I zaczynam od naprawdę beznadziejnej pozycji. Ten film, mimo że trwa niecałe półtorej godziny zmęczył mnie psychicznie gorzej niż niejeden 3-godzinny. Bardzo ciężko było mi się w to wgryźć, jako że akcja skakała od jednego bohatera do drugiego, choć w zasadzie używam słowa "akcja" niewłaściwie, bo w filmie niemal nic się nie dzieje. Pod sam koniec zacząłem wreszcie fabułę ogarniać - były to perypetie trojga afroamerykańskiego rodzeństwa, z których dwójka młodszych wyglądała na białych. Mamy więc jakieś niesnaski na tle rasowym, nieśmiały wątek miłosny. Ale serio - nic się nie dzieje, aktorzy błąkają się po scenach, gadają jakieś durnoty - imdb usłużnie podpowiada, że był to film tzw. nowoczesny, z improwizowaną fabułą i dialogami - i to niestety widać, czuć i to się zupełnie nie sprawdza. Nikt mi nie wmówi, że jak ja nakręcę kamerą moich kumpli, którym pozwolę robić i gadać co chcą, to będzie to wyjątkowe dzieło sztuki. Będzie to samo co tu - nuda, brak fabuły (nawet zakończenia normalnego nie ma, po prostu w którymś momencie przestajemy śledzić ich poczynania, nic ważkiego się na koniec nie wydarza) i dno totalne. Zasłużone 1/5.           
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 347/1001  Apur Sansar (1959), Indie, reż. Satyajit Ray Część trzecia trylogii Apu, przez większość uznawana za najlepszą, osobiście najbardziej się przy niej wynudziłem. No bo ile można? Dramat i to w pełnym tego słowa znaczeniu. W poprzednich dwóch częściach trylogii poumierała mu cała rodzina, więc miałem nadzieję, że tu już zostanie mu (i mi) oszczędzone cierpienia. Ale się przeliczyłem - przecież Apu może założyć swoją nową rodzinę i ona mu może poumierać, jeeej  . Cała otoczka pozostała bez zmian - biedne, na oko powojenne Indie, sporo obserwacji kulturowych, trochę przyrodniczych, troszkę miłości, jedna ładna (choć jak usłużnie podpowiada imdb, zaledwie 14letnia, ups) aktorka. I tyle. Dla miłośników psychicznego masochizmu. 2/5                 
|
|
|
|
|
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 1384
|
Nr 348/1001  A Bout De Souffle (1959), Francja, reż. Jean-Luc Godard Nie rozpieszcza mnie książka po tych wakacjach. Znów dostałem kiepski i niezbyt wciągający film - na dodatek francuski. Niby kryminał, ale w rzeczywistości romans. Złodziej samochodów (główny bohater i typ raczej niesympatyczny, okrada byłe dziewczyny, łże, kradnie i bije postronnych) już na samym początku filmu zabija policjanta. Zamiast jednak nawiewać, ugania się za dziewczyną - krótkowłosą Amerykanką. I tak się ugania i jednocześnie ucieka przed policją, sporo gadając (zazwyczaj, jak to Francuzi, bez sensu o życiu, miłości i takich tam, co zdanie to bardziej wydumane). Zobaczymy też sporo znanych paryskich miejsc, czasem pokiwamy z uznaniem głową nad pracą kamery (długie ujęcia z poruszaniem się, często gęsto również na zatłoczonych ulicach - pewnie nie było zbyt łatwo), zdziwimy się nawet, że widać goliznę (ale tylko w gazetach oglądanych przez głównego bohatera). Sporo będzie też bezpruderyjnych tematów łóżkowych - jest zdecydowanie spora różnica do amerykańskich filmów z tego samego okresu. Co z tego jednak, skoro całość jakoś mimo wszystko nudzi i pozostawia z odczuciem "ale o sssso chodzi". 2/5.           
  « Ostatnia zmiana: JRK, 18 wrz 2010, 18:24. »
|