Forum JRK's RPGs

Encyklopedia galaktyczna gier cRPG

Forum JRK's RPGs » Varia » 1001 movies you must see before you die!

1001 movies you must see before you die!

Strona: « < ... 16 17 18 19 20 21 >

Autor Wyślij
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
Nr 322/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
Aparajito (1957), Indie, reż. Satyajit Ray

Bezpośrednia kontynuacja Pather Panchali z 1955 roku, filmu również z listy i druga część trylogii (nie wiem czy nr 3 też się do 1001 załapał). Dalsze losy małego bengalskiego Apu, kolejne jego życiowe dramaty i tragedie. Ale ku mojemu zaskoczeniu, podobało mi się. Największa w tym zasługa zapewne egzotycznego tła - Indii. Tym razem przenosimy się z zapadłej wsi do wielkich miast - nad brzeg Gangesu, a potem do Kalkuty. Apu dorasta (zmiana aktora w połowie filmu z 10-latka na 16-latka) i zaczyna się uczyć. Hmm, jak tak się teraz zastanowić, to fabuły w tym za dużo nie ma, więcej obserwacji zwykłych dni, zajęć, zwyczajów. Zapewne gdybym był Hindusem, wynudziłbym się śmiertelnie, a tak mogłem sobie pooglądać coś nowego i nieznanego, więc jak najbardziej zasłużona 3+, wahałem się nawet przez moment nad 4, ale niech zostanie 3+.
Obraz wysłany przez użytkownika

Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
Nr 323/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
Gunfight at the O.K. Corall (1957), USA, reż. John Sturges

Kolejna filmowa adaptacja historycznego pojedynku braci Earp + Doc Holiday vs gang braci Clanton w Tombstone. Tym razem w rolach głównych Burt Lancaster i Kirk Douglas, jednego z braci Earp grał także doktor Bones z oryginalnego Star Trek (a że jestem na bieżąco - leci u mnie właśnie drugi sezon, to się z tego powodu ucieszyłem jak głupi ;-)). Czyli - western. I całkiem przyjemny. Zaskoczenia nie było, zakończenia pojedynku reżyser nie zmienił, ale moje westernowe wymagania zostały zrealizowane - było trochę widoczków, jazdy konnej, fizycznej przemocy, pięknych kobiet (no dobra, jedna sztuka) i oczywiście strzelaniny (zabrakło tylko indian do pełni szczęścia). Mocne 3+, bo na liście pojawiło się już kilka dużo lepszych tytułów z tego gatunku mimo wszystko.
Obraz wysłany przez użytkownika

Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
« Ostatnia zmiana: JRK, Pon lip 05, 2010 1:33 am. »
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
Nr 324/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
The Bridge on The River Kwai (1957), Wielka Brytania, reż. David Lean

Tytuł na pewno znany każdemu, choć nie każdy (jak np. ja) wcześniej to oglądał :). W jednej z głównych ról - Alec Guinness (Obi Wan Kenobi ;-)). Rok 1943, Birma pod japońską okupacją. Most na rzece Kwai budują brytyjscy jeńcy pod dowództwem Guinnessa właśnie. Pierwsza połowa filmu to jego zmagania z japońskim dowódcą obozu, próby utrzymania dyscypliny, honoru, brytyjskich wartości. Druga połowa to już niemal inny film - akcja przeskakuje na Cejlon, gdzie jedyny człowiek który z obozu uciekł (Amerykanin, też znany aktor - William Holden, wcześniej gwiazdorował w Sunset Blvd. z 1950) przyłącza się niechętnie do grupki komandosów, którzy chcą tytułowy most wysadzić w powietrze. I przez godzinkę (a cały film trwa przydługie 2,5 godz.) przedzierają się przez dżunglę w towarzystwie obowiązkowo pięknych lokalnych przewodniczek. Zakończenie filmu rozegra się oczywiście na moście i będzie dość niespodziewane:

Czy więc warto? Raczej tak, mimo długości udało mi się za jednym posiedzeniem łyknąć. No i można sobie posłuchać znanego numeru:
http://www.youtube.com/watch?v=83bmsluWHZc
Obraz wysłany przez użytkownika

Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
Nr 325/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
Bharat Mata (1957), Indie, reż. Mehboob Khan

3-godzinna hinduska droga przez mękę. Aaaaargh, jakie to długaśne, oglądałem za chyba 10 podejściami. Dramat pełną gębą, w kolorze. Wyobraźcie sobie życie hinduskiej wieśniaczki i obstawiajcie jakie nieszczęścia mogą na nią spaść, a na pewno się to jej w tym filmie przydarzy - bieda, głód, klęski żywiołowe, kalectwo, śmierć, śmierć dziecka, porzucenie przez ukochanego, niesprawiedliwość, cierpienie, poniżenie - full wypas. Aaaargh. Ciężki, ciężki film. I na dodatek oszukał mnie! Trzecia godzina to totalna zmiana klimatu - skaczemy kilkanaście lat w przyszłość i robi się rodzinna komedia. Skecze, dowcipy, sytuacje jak z dajmy na to Pełna Chata, aż się chce znów oglądać. I kiedy nasza czujność zostaje uśpiona.... dramat powraca w pięknym stylu, niszcząc resztę wiary w lepsze jutro :). Na dodatek co 10 minut mamy przerywnik muzyczny - czasem z tańcem, ale głównie z zawodzeniem, które udaje śpiew - czyli typowo bollywoodzki wynalazek filmowy. Ale pare razy prychnąłem śmiechem, tak nie pasowało to do sytuacji. Przykład - uciekają przez las przed pogonią, matka wychyla się zakrwawiona zza drzewa, rozgląda się w przerażeniu i... zaczyna się piosenka :). Huh. Na plus z kolei trzeba zaliczyć dobry wgląd w wiejski egzotyczny dla mnie (choć coraz mniej po tych kilku filmach ;-)) klimat hinduski, niezłe ujęcia (ale oglądanie po raz 20y jak unurana od roboty wieśniaczka stoi profilem do kamery na tle zachodzącego słońca, a wiatr rozwiewa jej czuprynę to jednak przesada - teraz mi się skojarzyło że wygląda to jak z socjalistycznego plakatu z traktorzystką). W każdym razie - nie oglądać tego, chyba że jest się świadomym, na co się porywa :).
Obraz wysłany przez użytkownika

Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
Nr 326/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
Letjat Zhuravli (1957), ZSRR, reż. Mikheil Kalatozishvili

Ruski film o drugiej wojnie światowej? Przynajmniej czołgi będą, pomyślałem, a resztę jakoś przeżyję. I troszeczkę się pomyliłem :). Ale nie żałuję - film bardzo mi się podobał i gdyby nie nieco przynudne ostatnie 30 minut, dostałby 5/5. Film faktycznie o wojnie, ale widzianej oczami cywilów pozostawionych w domu. Borys, młody chłopak zostawia swoją dziewczynę w przeddzień jej urodzin i zaciąga się do armii. Dziewczyna zdradza go z jego kuzynem i zostaje jego żoną. I w zasadzie taka fabuła :). Na froncie jesteśmy tylko raz przez kilka minut, ale nawet pół Niemca nie zobaczymy, tylko kilku żołnierzy taplających się w błocie, 95% toczy się w realiach cywilnych - przy czym jedyny wojenny moment to scena bombardowania i obraz zniszczeń po. Jak tak się teraz zastanowić, to w zasadzie nie jest film wojenny, a romansidło przypadkiem dziejące się podczas wojny :). Czemuż więc aż tak mi się podobało? Ano zasługa spada na genialną pracę kamery. Niesamowicie długie ujęcia, fantastycznie zaprojektowane i wykonane, kręcone z kamery trzymanej w rękach, na dodatek z wykorzystaniem setek statystów, aż się boję zgadywać, ile razy to było próbowane. Przykład: dziewczyna jedzie autobusem, kamera tuż przy niej, dziewczyna wysiada, przeciska się przez tłum (a tam ktoś płacze, ktoś śpiewa, ktoś się żegna), kamera kilka kroków przed nią, dziewczyna przebiega między czołgami (a jednak były, były!), kamera w tym momencie odlatuje na kilka metrów w górę by lepiej to wszystko objąć. I to wszystko jednym ujęciem - kamerzysta był w autobusie, potem przedzierał się przez ludzi i w końcu zapewne na jakimś podnośniku go wyniosło w górę - a ludu w tej scenie od groma i ciut ciut! No majstersztyk. Albo inna scena - kamera w pociągu, pociąg jedzie przez miast pełne wiwatujących ludzi, raz wygląda przez okno na prawo, raz na lewo, cały czas jednym ciągiem. Ok, zdażyło się kilka zbyt wydumanych zabaw kamerą, gdzie można było dostać padaczki (biegnącą postać, migotanie mijanych płotków i takie tam), ale ogólnie - jestem jak widać pełen pochwał :). No i ważna sprawa - mimo że film made in zsrr, nie było w tym nachalnej propagandy, nikt się o Leninie czy Stalinie słówkiem nie zająknął, wręcz robili sobie żarty momentami z komunistycznych sloganów. Daję 4/5 bez mrugnięcia okiem i znaczek JRK poleca :). No i ta Bielka (po rusku: wiewiórka, zgaduje że ruda?:)) w roli głównej...
Obraz wysłany przez użytkownika

Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
« Ostatnia zmiana: JRK, Pią lip 16, 2010 2:48 am. »
Użytkownik
Dołączył: Maj 2008
Posty: 416
Skąd: Stolica
JRK napisał(a)
Letjat Zhuravli (1957), ZSRR, reż. Mikheil Kalatozishvili(...)

(...)Niesamowicie długie ujęcia, fantastycznie zaprojektowane i wykonane, kręcone z kamery trzymanej w rękach, na dodatek z wykorzystaniem setek statystów, aż się boję zgadywać, ile razy to było próbowane. Przykład: dziewczyna jedzie autobusem, kamera tuż przy niej, dziewczyna wysiada, przeciska się przez tłum (a tam ktoś płacze, ktoś śpiewa, ktoś się żegna), kamera kilka kroków przed nią, dziewczyna przebiega między czołgami (a jednak były, były!), kamera w tym momencie odlatuje na kilka metrów w górę by lepiej to wszystko objąć. I to wszystko jednym ujęciem - kamerzysta był w autobusie, potem przedzierał się przez ludzi i w końcu zapewne na jakimś podnośniku go wyniosło w górę - a ludu w tej scenie od groma i ciut ciut! No majstersztyk. Albo inna scena - kamera w pociągu, pociąg jedzie przez miast pełne wiwatujących ludzi, raz wygląda przez okno na prawo, raz na lewo, cały czas jednym ciągiem.


Mam to w serii klasyki kina ZSRR :) bardzo dobra rzecz, również polecam. I niesamowite jest to, że 50 lat później wciąż ciężko znaleźć film, w którym wykorzystuje się tego typu techniki. Ostatnio gdzieś czytałem, że w typowym widowisku Hollywoodzkim mamy ujęcia, które trwają średnio 2 sekundy.
_______________
We saw the shadows of the morning light
The shadows of the evening sun
Until the shadows and the light were one
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
Nr 327/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
Paths of Glory (1957), USA, reż. Stanley Kubrick

Film Kubricka, o którym nie miałem pojęcia, z Kirkiem Douglasem w roli głównej. Francja, rok 1916, I Wojna Światowa. Francuski generał wydaje rozkaz niemal samobójczego ataku na pozycje niemieckie. Zapowiadało się więc całkiem zacnie, już zacierałem rączki na kawałek niezłego wojennego kina. Ale czekało mnie zaskoczenie i chyba w sumie rozczarowanie. Atak faktycznie zostaje przeprowadzony, całkiem niezłe zdjęcia z niego wyszły (ale po raz kolejny ani kawałka Niemca nie zobaczyłem, nie chcieli tak krótko po wojnie urażać ich uczuć, czy co?), ale załamał się bardzo szybko. I cała godzinna reszta filmu to proces wojskowy przeciwko kilku żołnierzom o tchórzostwo w obliczu wroga. Ogląda się to całkiem całkiem, ale byłem napalony na zdobywanie tego cholernego wzgórza - przez pierwsze 10 minut opowiadają jakie to będzie trudne, jak to potem utrzymać i ja to wszystko już oczyma wyobraźni widziałem, a tu takie coś...;-). Mimo wszystko jako dramat okazujący bezsens i okrucieństwo wojny (plus do końca trzyma w napięciu, czy uda się wybronić żołnierzy, do ostatniej chwili nie wiadomo, czy uda się odwołać ich egzekucję), też się broni, ale tylko na 3/5.
Obraz wysłany przez użytkownika
Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
Nr 328/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
Sweet Smell of Success (1957), USA, reż. Alexander Mackendrick

Ostatni film z roku 1957 i jak to zwykle bywa, nie miałem pojęcia o czym to będzie :). A było o bezwględnych kulisach amerykańskiego showbiznesu - tym razm od strony prasy, a konkretnie agentów prasowych artystów. W rolach głównych Burt Lancaster i debiutujący na liście Tony Curtis (jeden z przebierańców z Pół Żartem Pół Serio, nawiasem mówiąc, to już za jakieś 15 filmów też będzie ;-)). Całość to w sumie dramat, Tony gra bezwzględnego agenta, który nie cofnie się przed najgorszą podłością by tylko dotrzeć na szczyt - wliczając w to stręczycielstwo przyjaciółką, korupcja policji (w tej roli ksiądz z poprzedniego filmu, haha), nagminne oszustwa, lizusostwo, manipulowanie innymi i ogólne cwaniactwo. Burt Lancaster lepszy nie jest, tyle ża on już na szczycie jest i to robi to samo, tylko z większym rozmachem i skutecznością. I tak oglądamy sobie przez półtorej godziny ich knowania, sami nie spostrzegając się, kiedy nadchodzi koniec filmu (trochę rozczarowujący, ale po zastanowieniu całkiem pasujący, to tylko moje zapotrzebowanie na większe fajerwerki się odzywa ;)). Słowem - ogląda się płynnie, bez bólu, dialogi szybkie, przemyślane, choć czasem gubiłem się w slangu sprzed tych 50-60 lat. Mocne 3.
Obraz wysłany przez użytkownika
Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
329/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
Man of The West (1958.), USA, reż. Anthony Mann

Rok 1958 zaczynamy przeciętnym (z tendencją do kiepskawym) westernem z niesamowicie zestarzałym Garym Cooperem w roli głównej (różnica wieku mocno daje po oczach, jego wujek /się znaczy aktor go grający/ jest od niego 10 lat młodszy, kuzyn z piaskownicy 14, a love interest 25, huh). I to trochę dekoncentruje. Pierwsze 10 minut filmu oszukało mnie, przekonując mnie że będzie zabawnie, śmiesznie i komediowo, by potem zamienić się w przygnębiający dramat. Gary gra wydawałoby się porządnego obywatela, którego jednak w wyniku zbiegu okoliczności dogania mroczna przeszłość. Pod przymusem wraca do swojego starego gangu i wraz z nim ma dokonać napadu na bank. Z jakiegoś powodu wybitnie nie lubię filmów, w których bohater musi udawać złego, by potem tych złych oszukać - jakoś mi taka sytuacja mocno nie leży :). No i wkurzała mnie zbyt przesadzona gra 'wujka' - niby był lekko świrnięty, ale i tak zbyt się wczuwał ;-). Nie wiem czemu ten film uznawany jest za tak znakomity, nie było w nim nic wybitnego. Być może znalazł się na liście przez kilka śmiałych scen, których wcześniej w kinie amerykańskim nie widziałem - wymuszony striptiz (złośliwie powstrzymany przez Gary'ego na etapie bielizny), gwałt (poza kamerą, ale widzimy zmaltretowane dziewczę tuż po) oraz brutalny pojedynek w który Gary rozbiera swojego przeciwnika (w zemście za ów striptiz). Jakby nie było, dla mnie to tylko 3-.
Obraz wysłany przez użytkownika

Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
Nr 330/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
Touch of Evil (1958.), USA, reż. Orson Welles

W rolach głównych: Charlton Heston (opalony jak Lepper kilka lat temu, bo w filmie jest Meksykaninem), Janet Leigh (jego amerykańska ładna, choć głupia jak but żona) oraz Orson Welles (woa, ale się gościu roztył - i wiem, że częściowo to charakteryzacja, ale mimo wszystko!), w rólkach drugoplanowych i epizodycznych jeszcze kilka znajomych twarzy, z których najbardziej zaskoczyła mnie 57-letnia Marlena Dietrich. Dorwałem się do wersji z roku 1998 (oryginalna została Wellesowi po raz kolejny pociachana przez studio i dopiero w 98 wyszła edycja reżyserka, na podstawie jego notek) i z tego com się doczytał (a film jest bardzo żywo komentowany na forum imdb), jest to wersja lepsza i bardziej klarowna. Mimo to i tak dłuższą chwilę zajęło mi w filmie połapanie się kto jest kim i o co tak w zasadzie chodzi (i tak miało być w założeniach, ufff, nie robi mi się sieczka z mózgu jednak, jeeej). Małe miasteczko na granicy USA-Meksyk, w bagażniku samochodu wybucha bomba, zabijając dwie osoby - policjanci z obu stron granicy starają się to rozwiązać. To dość powierzchowny opis, bo bardzo szybko wszystko się komplikuje, a akcja zagęszcza. A teraz sprawa najważniejsza - film podobał mi się zaledwie umiarkowanie - wystarczająca na 3, ale nic więcej. Było sporo dobrej pracy kamery (pierwsza scena, ponad 3minutowa, kręcona jednym ciągiem to mistrzostwo i tego słowa nie boję się użyć - geniusz Wellesa /bo zakładam że to on za to odpowiadał?/ jest bezdyskusyjny), niezła gra aktorska (znów Welles jako spasiony glina robi największe wrażenie), ale jakoś to wszystko jednak nie zaskoczyło. Film ponury, a momentami wyskakiwały scenki komediowe, gdzie szczytem był nocny stróż który uciekł chyba z filmów braci Marx - taki poziom absurdu i durnoty, śmieszne przyznam, ale zupełnie nie na miejscu; zakończenie trochę mi się dłużyło (miast trzymać w napięciu, ja czekałem tylko kiedy przestaną po tej nocy łazić i to się skończy), właśnie - może to moja wersja taka była, ale strasznie dużo w tym filmie nocnych zdjęć, które są w 90% czarne i mało co widać :). Obejrzeć musowo tylko początek:
http://www.youtube.com/watch?v=Yg8MqjoFvy4
Obraz wysłany przez użytkownika

Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
Nr 331/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
Bab el Hadid (1958.), Egipt, reż. Youssef Chahine

Zabierałem się za ten film z mieszanymi uczuciami - z jednej strony chyba nigdy wcześniej egipskiego filmu nie widziałem, więc ciekawość była spora, z drugiej strony - strach że będzie to niestrawialna kiszka :). Szczęśliwie, film okazał się być całkiem w porządku - przez moment nawet zdryfował w stronę oceny 4/5, ale ostatecznie dostaje 3+/5 :). Rzecz toczy się w latach 50 na kairskim dworcu pociągowym, w ciągu jednego dnia. Główny bohater (grany doskonale przez reżysera) jest kalekim niedorozwojem sprzedającym gazety. Ma też świra na punkcie kobiet - całą szopę w której mieszka obwieszoną wyciętymi z gazet zdjęciami (pin-up girls, jakoś to się na polski tłumaczy?), manię podglądacza i zero szans na realizację swych kobiecych marzeń z powodu swoich ułomności. Szczególnie upatrzył sobie jedną z dziewczyn sprzedających nielegalnie coca colę po wagonach, kiedy ta jednak odtrąca go, a w dodatku figluje sobie na sianku z tragażem, w naszym bohaterze rodzą się mordercze skłonności... Film zaskoczył mnie dość odważnym traktowaniem tematyki seksu - raz że to rok 58, a dwa że kraj arabski - film przeleżał zresztą przez cenzurę jakieś 20 lat na półkach - choć jedyne co w nim zobaczymy to te gazetowe wycinki oraz jedną scenę z miss mokrego podkoszulka (jeessss!). Ciekawe czy jeszcze jakiś afrykański film się na listę załapie?
Obraz wysłany przez użytkownika

Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Użytkownik
Dołączył: Lip 2008
Posty: 149
Skąd: Koszalin
pin-up girls - chyba to będzie: dziewczyny z rozkładówek .
_______________
Yesterday is History.
Tomorrow is a Mystery,
and Today is a gift...That’s why we call it the Present
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
kypq--> slusznie :)

Nr 332/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
Gigi (1958.), USA, reż. Vincente Minnelli

Film, który pobił 8 Oscarów Przeminęło z Wiatrem, dostając ich 9 na 9 kategorii w których startował. 2-godzinny muzykal z akcją umiejscowioną w Paryżu w roku 1900. Piosenki spoko, co nietypowe popychające fabułę a nie zapychacze (często są to śpiewane rozmowy), ale żeby w głowie na dłużej zostały to nie, mimo że jeden z aktorów to ten sam Francuz, który na tej liście lat temu chyba 30 śpiewał Isn't it romantic. Tytułowa Gigi to niepełnoletnia dziewczynka (grana przez 27letnią aktorkę, więc nie wygląda to aż tak źle), która staje się obiektem uczuć starszego faceta. Wszystko jest na szczęście w pogodnych, roześmianych i rozśpiewanych klimatach, więc tragedii i dramatu nie ma, a jest happy end (ale delikatne uczucie że oglądamy pochwałę pedofilii jednak zostaje ;-)). Obejrzeć można, ale nie jest to pozycja przymusowa - typowa 3/5. A mi w pamięci utknie zapewne tylko nadzwyczaj spokojny kot, który pozwalał ze sobą robić co tylko aktorzy chcieli (imdb oczywiście usłużnie informuje, że kot był naszprycowany prochami tak, że ledwo to przeżył ;)).

Obraz wysłany przez użytkownika
Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
Nr 333/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
The Defiant Ones (1958.), USA, reż. Stanley Kramer

Raz jeszcze Tony Curtis (właśnie się zorientowałem że on nadal żyje i jest zupełnie do siebie sprzed tych 50 lat niepodobny) - tym razem jako uciekinier z więziennego transportu. Ale żeby nie było za łatwo - za swojego przypadkowego wspólnika, z którym skuty jest łańcuchem ma czarnego mężczyznę. I głównie o rasiźmie był to film - jak się zdaje bardzo silnym nawet w latach 50 na południu USA. Więźniowie zmuszeni są do współpracy, ale jak już na początku ocenia szeryf kierujący pogonią - najprawdopodobniej pozabijają się nawzajem już po kilku kilometrach. Jak to jednak w takich filmach bywa, między zbiegami powolutku i w bólach rodzi się coś na kształt jeśli nie przyjaźni, to poczucia wspólnoty i solidarności. Czy im się uda uciec? . Obejrzeć można - 3/5 (i 2 Oscary). I zdaje się, że jestem w 1/3 książki :).
Obraz wysłany przez użytkownika
Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika
Administrator
Dołączył: Maj 2008
Posty: 784
Nr 334/1001
Obraz wysłany przez użytkownika
Vertigo (1958.), USA, reż. Alfred Hitchcock

Ostatnia współpraca Hitchcocka z Jamesem Stewartem, którego Alfred winił za kaszaniasty wynik filmu (James po 50, jego obiekt uczuć 24 latka, nie bardzo to wyglądało i się kleiło). Ja winę zrzuciłbym również na fabułę :), bo naciągana jak chyba jeszcze nigdy wcześniej u Hitcha. Tym razem dostajemy ex-policjanta z tytułowym lękiem wysokości, który już jako prywatny detektyw dostaje zlecenie śledzenia żony starego znajomego. Ale nie chodzi o zdradę, ale o fakt, że żona najprawdopodobniej opętana jest przez ducha swojej prababki... Znając jednak Alfreda możemy się spodziewać jakiegoś myku i tak jest w rzeczywistości - i nawet nietrudno się go było domyślić, moja książka 1001 podpowiada wręcz, że poziom intrygi z kreskówki ze Scooby Doo :). Trwa toto ponad 2 godziny, jak zwykle dostaniemy kilka znanych widoczków (mnóstwo jeżdżenia po San Francisco z obowiązkowym Golden Gate włącznie), specjalnych efektów (sen Stewarta rozwalił mnie, schiza jak się patrzy, jest na jednym z obrazków poniżej). Mimo tego całego narzekania ogląda się przyzwoicie, więc 3/5 wystawić mogę (nie moja wina, że wszystkie ostatnie filmy na 3 oceniam, same średniaki lecą jeden za drugim, nic wybitnego czy choć powyżej progu fajności).
Obraz wysłany przez użytkownika
Obraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownikaObraz wysłany przez użytkownika

Strona: « < ... 16 17 18 19 20 21 >

Forum JRK's RPGs » Varia » 1001 movies you must see before you die!

Forum JRK's RPGs działa pod kontrolą UseBB 1