Visions of Mana |
|
Wydania |
2024( Steam)
|
|
Ogólnie
|
Piąta gra z serii Mana, stworzona przez Ouka Studios i wydana przez Square Enix.
|
|
Widok
|
TPP
|
|
Walka
|
Czas rzeczywisty
|
Recenzje |
|
Val & Hinna
Raz na cztery lata, w imieniu bytów znanych jako Elementals, zostaje wybrana osoba, która ma poświęcić swoją duszę, aby zasilić życiodajną mocą Drzewo Many. Przyjaciółka głównego bohatera, Hinna, dostąpiła tego „zaszczytu” i jako Alm of Fire ma ruszyć w pielgrzymkę ku wspomnianemu drzewu. Towarzyszący jej Val od młodości ćwiczył, aby przygotować się do roli Soul Guarda – swoistego ochroniarza całej tej wycieczki. Tak z grubsza rozpoczyna się opowieść, a układanka zawiera kilka dodatkowych elementów do odkrycia. Mamy więc motyw znany i przerabiany wielokrotnie. Skoro już wiemy, co się stanie, przynajmniej teoretycznie, najważniejszym pytaniem staje się: jak do tego dojdzie?
Fabularnie nie ma co spodziewać się złożoności na poziomie Tales of Symphonia. Rozwój wydarzeń jest dość standardowy, a zwrotów akcji jest niewiele – właściwie tylko jeden złapał mnie z opuszczoną gardą. Cała historia ma raczej lekki, przygodowy klimat, choć oczywiście pojawiają się bardziej dramatyczne momenty. W ogóle uważam, że zmarnowano tu potencjał. Sama historia, mimo swojej wtórności, mogłaby mieć potężny ładunek emocjonalny i grać na nutach pytań egzystencjalnych. Niestety, lub stety – jak kto woli – bajkowy i lekki sposób jej podania mocno spłyca całość. A szkoda.
Val jest typowym dobrodusznym i bezinteresownym obrońcą świata. Jedna z postaci nawet wielokrotnie mu to wytyka. Na szczęście nie przekracza granicy niestrawności. Hinna to również uosobienie nieskazitelności i dobroci, choć w pewnym momencie wychodzą na jaw jej wątpliwości. Careena to przemądrzała ważniaczka, która wraz z podróżą przechodzi jednak przemianę, a jej relacje z domem rodzinnym są dość szczególne. Morley to postać, którą początkowo ciężko sklasyfikować. Pierwsze wrażenie: samotnik z mroczną przeszłością TM. Po kilku minutach okazuje się jednak, że jest zupełnie inaczej. Ogólnie na plus.
Palamena to królowa z krwi i kości – zawsze powściągliwa i dobrze wychowana. Tu przy okazji pochwalę jej aktorkę głosową. Jest po prostu świetna. Jej uśmiech i emocje słychać tak wyraziście, że odlatuje reszcie w kosmos. Zwłaszcza w tych losowych i mniej głównych kwestiach. Julei z kolei ma wygląd i głos dziecka, ale doświadczenie starca. Prowadzi to do rewelacyjnych, często zabawnych komentarzy, których zupełnie byśmy się po nim nie spodziewali.
Nie jest to drużyna ani odkrywcza, ani oryginalna, ani nawet porywająca, ale szybko da się ją polubić i miło spędza się z nią czas. Czuć też gdzieś pomiędzy wierszami przewijającego się ducha Final Fantasy. Bardzo subtelnie, ale jednak.
Khoda & Mana Goddess
Świat sprawia wrażenie otwartego, ale w rzeczywistości to klasyczna JRPG-owa konstrukcja – tu jeszcze nie możemy wejść, tam potrzeba transportu itd. Lokacje bywają spore, a ich eksploracja jest całkiem przyjemna. Znajdźki są różnorodne i chętnie je zbierałem, jednak nie ma efektu wow na zasadzie: odkryłem tajemną grotę z potężnym, magicznym mieczem. Tego tutaj nie uświadczymy.
Sidequesty to w większości sztampa typu „wynieś, przynieś, zabij” i raptem kilka było ciekawszych. Nagrody są jednak warte zachodu. Męczący bywa za to backtracking. Dla przykładu, do pewnej wieży musiałem wracać cztery razy. Trochę przesada, a jest tego więcej.
Walka w czasie rzeczywistym jest zręcznościowa, ale prosta. Wszystko można zaspamować unikami, jest też sporo skakania. Ogólnie jednak mnie nie nudziła. Ciekawie wygląda za to system klas. Każdy element ma swój Vessel, który można przypisać postaci, zmieniając jej aktualną klasę – czyli umiejętności, broń, a w konsekwencji cały styl walki. Każda postać ma w sumie trzy rodzaje broni, co można traktować jako trzy różne style.
Po zmaksowaniu danego drzewka rozwoju podstawowa klasa, czyli de facto ta bez klasy, zyskuje dostęp do broni oraz wszystkich umiejętności z tego drzewka. Dzięki temu w endgamie albo NG+ możemy stworzyć swój własny, wymarzony wariant postaci, łącząc w niej różne klasy. Fajne.
Skoro już poruszyłem temat NG+, jest to pierwsza gra od czasów Dragon’s Dogma 2, którą chciało mi się przejść drugi raz i wbić wszystkie osiągnięcia. Pierwsze przejście zajęło mi 60 godzin, drugie 12. Poziom trudności nie jest wymagający, choć jeden opcjonalny boss sprawił mi pewne problemy.
Eoren & Lyza
Graficznie prezentuje się to ładnie, zwłaszcza na otwartych przestrzeniach. Niektóre wyglądają wręcz jak wyjęte z obrazka. Jest kilka bardzo klimatycznych miejsc, jak porwana wiatrem wioska Careeny czy pustynia z niebem pokrytym czerwienią. Ciut gorzej wypadają podziemia, ale nadal jest dobrze – mają swój charakter i klimat. Absolutnie nie ma tu wrażenia powtarzalności czy generyczności. No, może poza ostateczną lokacją, gdzie zastosowano zabieg znany w JRPG od dekad.
Postacie są mocno w klimacie anime z bajkowym ukierunkowaniem, tak bym to opisał. Trochę rysunkowe, trochę infantylne. Ten styl sprawia wrażenie skierowanego bardziej do dzieci i nie każdemu może przypaść do gustu. O krwi nie ma mowy, a większość podstawowych wrogów to króliczki, żelki, robaczki i tym podobny chłam.
Val ma prawie zawsze przyklejony uśmiech, Careena do butów przykręciła sobie cegły, a Julei to taki leśny ludzik, który przypomina połączenie przedszkolaka z balu przebierańców z kwiatkiem. Najlepiej wypada Morley – jest po prostu zwyczajny – oraz Palamena, która jest śliczna, zwłaszcza na tle innych kobiecych postaci. Zapamiętałem jeszcze design Driady, która jest przeurocza. W ogóle Elementale w tej trochę zinfantylizowanej formie wypadają bardzo ciekawie.
Daelophos & Cerulia
Muzyka jest… żadna. Może przesadzam, ale jest to wybitnie muzyka do windy w lesie. Przypominała mi kawałki z RTS-ów lat 90. Byle coś tam plumkało. Tylko jeden kawałek zapadł mi w pamięć, bo akurat spodobało mi się brzmienie syntezatora w stylu Akiry Yamaoki. Scena, w której cała wioska (czyli kilka osób) próbuje przesunąć głaz została okraszona utworem rodem z bitwy z Germanami w Gladiatorze Ridleya Scotta. Dynamika i napięcie a nawet niepokój – tymczasem na ekranie emocje jak na grzybach. Pasowało to jak kwiatek do kożucha.
Efekty dźwiękowe to taki trochę arcade w japońskim stylu, ale na współczesną modłę. Wypadają jednak nieźle i nie ranią uszu. Dźwięk zamykanej mapy albo bonusu do expa od Lil’ Cactus zawsze rozwala mi czachę. Śmiechu kupa.
Tak naprawdę gra opowiada o miłości i to w różnych formach. W formie tej młodzieńczej, niewinnej, ale jednocześnie bardzo dojrzałej. O tej straconej, doprowadzającej do szaleństwa a także o takiej silniejszej niż śmierć i upływ czasu. Przykrywa to dość spora warstwa innych odwracaczy uwagi, jednak poruszyło mnie, że te wątki tam są i jak bardzo można byłoby to rozwinąć. Szkoda, że nie ma wersji dla dorosłych, że tak to ujmę.
Lekka, baśniowa przygoda, przewidywalna fabuła i przyjemna rozgrywka. Nie jest to może nic odkrywczego, ale gra ma pewien specyficzny klimat. I chyba właśnie dlatego, mimo wszystkich jej wad, spędziłem z nią bardzo przyjemne kilkadziesiąt godzin. Polecam.
Moja ocena: 7/10
Obrazki z gry:
/Obrazki dostarczył Thane/
Dodane: 22.10.2024, zmiany: 28.08.2026


Steam)

















































