Digimon Story: Time Stranger

Wydania
2025()
Ogólnie
Siódma gra w serii, wydana po dłuższej przerwie (osiem lat od poprzedniej). Jedyny poważny konkurent Pokemonów - czyli też łapanie stworków i walczenie z ich pomocą.
Widok
TPP
Walka
turówka
Recenzje
CAdam
Autor: CAdam
13.01.2026

Wstęp

20 lat temu, kiedy wszyscy moi koledzy uganiali się za zbieranymi w chipsach tazosami, a na Polsacie każdy odcinek Pokémonów wyludniał podwórka z moich rówieśników, ja znacznie chętniej oglądałem bajkę zwaną Digimonami. Z perspektywy czasu nie wiem, co bardziej do mnie trafiało: doroślejszy klimat, lepszy design stworków czy ciekawsze walki, ale to właśnie tę markę dużo mocniej trzymam w moim dorosłym, już nie tak beztroskim, sercu. Kiedy usłyszałem, że wychodzi nowa gra Digimon - do tego podobno niezła - zamówienie poleciało niemal od razu. Po przejściu produkcji mam jednak kilka uwag, którymi chciałbym się podzielić.

Historia
Naszym protagonistą jest agent (bądź agentka), którego celem jest powstrzymanie nadciągającej katastrofy. Cała intryga opiera się na tytułowej podróży w czasie, podczas której pomagamy zarówno ludziom, jak i digimonom w rozwiązywaniu ich problemów. Bohaterowi towarzyszy w tej wyprawie kilka postaci, które - zależnie od momentu w czasie - pojawiają się i znikają, w zależności od aktualnej sytuacji geodigimonowej ;).

Twórcy wrzucili tu chyba wszystkie motywy, jakie tylko przyszły im do głowy: podróże w czasie, rozterki rodzicielskie, radzenie sobie z tragedią, walkę z przeciwnościami, przyjaźń, dyskryminację rasową, politykę itd. Niestety większość z nich jest, moim zdaniem, poprowadzona dość miernie. Niektóre wątki sprowadzają się wręcz do kilku linijek dialogu, które dodatkowo nie zostały szczególnie dobrze napisane. O ile cała opowieść ma swoje momenty, o tyle towarzyszące postacie zawodzą wtórnością. Sprawia to, że zamiast czekać na kolejne zwroty fabularne, częściej wypatrujemy momentu, w którym po prostu znikną.

My sami, jako bohater, jesteśmy raczej bezpłciowi. Jedyne kwestie, jakie wypowiadamy, to te wybierane w dialogach (których wybór nie ma realnego znaczenia), a całość pozbawiona jest wyraźnej, jednorodnej linii narracyjnej. Ot, lokalny narrator - taki, którego historia w samej rozgrywce jest brana pod uwagę może przez pierwsze 30 minut.

W grze znajdziemy również sporo misji pobocznych. Niestety większość z nich jest dość wtórna, choć trafiają się wyjątki. Sam złapałem się na tym, że przeklikując dialogi, kilka razy - powodowany przeczuciem - zatrzymałem się i okazywało się, że postacie faktycznie mają coś ciekawego do powiedzenia. Było to miłe, choć rzadkie, zaskoczenie.

Gameplay

Rozgrywka stanowi coś pomiędzy Pokémonami a klasycznym jRPG-iem. Zbieramy drużynę (trzech aktualnie walczących oraz trzech w zapasie), którą mierzymy się z pojawiającymi się adwersarzami. Podobnie jak w serii Pokémon, drużyna składa się z „zeskanowanych” stworków. System jest prosty: każda walka z danym przeciwnikiem daje nam kolejne procenty skanu i po osiągnięciu 100% możemy go zwerbować.

Naszą drużynę rozwijamy pasywnie - nie przydzielamy atrybutów podczas levelowania - jednak możemy wyposażyć stworki w dwa przedmioty oraz przypisać im cztery dowolne ciosy. Całość oparta jest na systemie papier-kamień-nożyce: zarówno ataki, jak i przeciwnicy mają swoje typy. Jeśli wszystko dobrze zgramy, obrażenia wchodzą; jeśli nie - pasek życia nawet nie drgnie.

Podstawy systemu są dobrze znane i wydają się solidne. Rodzajów stworków jest dużo, ataków jeszcze więcej, a kombinacji praktycznie nieskończenie wiele. Na papierze wygląda to świetnie i początkowo faktycznie sprawdza się bardzo dobrze. Z czasem jednak zacząłem odnosić wrażenie, że twórcy nigdy nie zdecydowali się na realne ryzyko projektowe. Każdy atak ma swój dokładny kontratak, każdy przedmiot wzmacniający A posiada odpowiednik wzmacniający B. Ataki magiczne i fizyczne różnią się w gruncie rzeczy jedynie statystykami, które są brane pod uwagę.

Możliwości jest mnóstwo, ale przypomina to sytuację, w której do gry w karcianą wojnę dodajemy osiem dodatkowych kolorów kart. Niby fajnie, ale w praktyce wszystko sprowadza się do tego samego. Owszem, istnieją chlubne wyjątki w postaci specjalnych umiejętności, lecz nawet one są zaprojektowane w schemacie: digimon z mocą 5, potem z mocą 10, a następnie - zgadliście - z mocą 20.

Jeśli chodzi o same stworki, jest ich ponad 400. W trakcie gry, po spełnieniu określonych warunków, mogą one ewoluować na kolejne formy. Tym, co odróżnia tę produkcję od Pokémonów, jest nieliniowość ewolucji. Zamiast prostych ścieżek otrzymujemy rozbudowane drzewo genealogiczne, którego stopień skomplikowania nie zawstydziłby Mody na sukces czy Na Wspólnej. Do tego systemu nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń - jest niezwykle satysfakcjonujący i gdybym miał wskazać najlepszy element gry, byłby to właśnie on. Całość wspierana jest przez farmę, gdzie szkolimy naszych podopiecznych, zazwyczaj po to, by spełnili wymagania interesującej nas transformacji. Warto też wspomnieć, że możemy ją dekorować, co zapewne przypadnie do gustu części graczy.

Równolegle rozwijamy również naszą postać, inwestując punkty zdobywane za zadania główne i poboczne w odpowiednie drzewka umiejętności. Na szczęście mają one realny wpływ na rozgrywkę, choć i tutaj brakuje ciekawszych opcji niż klasyczne „30% zwiększonego ataku”.

Oprawa audiowizualna

Tutaj mogę napisać tylko jedno: chapeau bas. Gra prezentuje się fenomenalnie. Mimo że świat jest dość statyczny (jak to w jRPG-ach), design lokacji, stworków oraz ich ataków stoi na niesamowicie wysokim poziomie. Całość wygląda lepiej, niż jako 10-latek mógłbym sobie wyobrazić. Śmiem wręcz twierdzić, że modele 3D zawierają więcej detali, niż przewidzieli twórcy oryginalnego anime. Dobrym przykładem są choćby widoczne, wymodelowane żyły na ręce jednego z digimonów.

Twórcy nie bali się również eksperymentów z post-processingiem, przez co kilka razy sprawdzałem, czy przypadkiem nie zmieniłem kontrastu w telewizorze. Uwielbiam takie zabiegi, które przełamują monotonię fantasy znaną z wielu innych produkcji. Jedno słowo: petarda.

Muzyka natomiast nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Jest typowa dla Bandai Namco - oparta głównie na elektronicznych brzmieniach. Osobiście znacznie bardziej preferuję stylizowane ścieżki dźwiękowe lub orkiestrę. Niestety żaden utwór nie trafił na moją playlistę na Spotify. Gdybym miał do czegoś ją porównać, najbliżej jej do Tekkena lub innej bijatyki.

Podsumowanie

Digimon Story: Time Stranger to produkcja będąca spełnieniem marzeń fanów marki. Oprawa wizualna jest dokładnie taka, jaka powinna być, a rozgrywka oferuje to, czego można się było spodziewać. Jednocześnie dla fanów jRPG-ów widoczne są liczne uproszczenia systemów oraz częste pójście na skróty. Czuć, że to bardzo solidny produkt korporacyjny - niestety pozbawiony duszy i autorskiej odwagi.

To idealny szkielet pod wybitną grę, na którym zbudowano „jedynie” dobrą produkcję. Taką, która bez problemu trafi do corocznych tabelek zarządu.

Moja ocena: 7/10

Czas gry: 60h

Na plus: 
+ niesamowita grafika
+ system ewolucji stworków
+ różnorodność systemów i elementów rozgrywki
+ ogólne założenia fabularne

Na minus:
- słabo napisane postacie (szczególnie te najczęściej się pojawiające)
- niepotrzebna mieszanka motywów fabularnych
- solidny system walki, któremu brakuje pazura


Obrazki z gry:


/obrazki dostarczył CAdam/

Dodane: 13.01.2026, zmiany: 13.01.2026


Komentarze:

Powitać, to może teraz recenzja Larrego 7. JRK jakoś to umotywuje że to rpg :P
Lebowski


[Gość @ 16.01.2026, 13:53]

Witamy i życzymy zapału do recenzowania.
Venra


[Gość @ 15.01.2026, 05:05]

Dodaj komentarz:

Pytanie kontrolne: kto tu rządzi?